
Kiedy na przemyskim Dworcu Głównym nastąpiła tzw. reorganizacja pomocy uchodźcom z Ukrainy, wszyscy mieliśmy nadzieję, że nie będzie gorzej niż dotychczas. Tak w każdym razie zapewniała pani wojewoda, której służby przejąć miały na swoje barki większy ciężar wspomnianej pomocy uciekającym przed wojną. Niestety, pomimo tych zapewnień jednak jest gorzej. I to nie jest nasze zdanie, tylko tych, którzy od samego początku pełnili i pełnią nadal wolontariacką służbę na dworcu.
– Co się zmieniło? W zasadzie wszystko – tak zaczyna swoją wypowiedź wolontariusz, który na przemyskim Dworcu Głównym jest w zasadzie od początku wojny w Ukrainie. – Przez te 4 tygodnie, kiedy pomocą uchodźcom na dworcu kierowało miasto, w bardzo trudnych i kryzysowych sytuacjach wypracowaliśmy wspólnie pewne procedury i standardy, które pozwalały na panowanie nad ogromnym napływem uchodźców – mówi wolontariusz z Przemyśla. – Nie było to łatwe i nie zawsze też było idealnie, ale bardzo się wszyscy staraliśmy, by uchodźca nie był odprawiany z kwitkiem, byle tylko „wypchnąć” go poza Przemyśl – podkreśla. – My jako wolontariusze wiedzieliśmy do kogo iść z zapytaniem czy problemami poszczególnych przybyszów z Ukrainy – wyjaśnia. – Teraz niestety tego nie wiemy – przyznaje. – To nie tak, że osoby „od pani wojewody” się nie starają – zastrzega. – Mam wrażenie, że po prostu nikt im nie powiedział co i jak mają robić, nie skorzystali z doświadczenia miejskich sztabowców i teraz zwyczajnie są trochę jak dzieci we mgle – uśmiecha się ironiczne. – Nie ma żadnych oznakowań gdzie się zwracać z konkretnymi problemami. W efekcie biega się od okienka do okienka – dodaje.
Nikt nic nie wie, „czeski film”
Pytamy o konkrety, bo wszak może wolontariusz ma tylko takie wrażenie niekoniecznie poparte faktami. – Praktycznie codziennie od momentu „przejęcia” dworca przez panią wojewodę napotykam na problemy, których wcześniej nie było – opowiada wolontariusz. – Przykłady? Ależ proszę! Mam na przykład uchodźcę o kulach, który deklaruje, że chce jechać do Mediolanu. Proponuję mu, żeby jechał pociągiem do Grazu w Austrii, skąd będzie miał transport do Włoch. Wszystko pięknie, ale jest wieczór, a pociąg do Grazu jedzie ok. 10 rano następnego dnia – wyjaśnia. – Idę więc zapytać ludzi pani wojewody gdzie tego człowieka ulokują do rana, bo na dworcu koczować nie może tyle godzin. I czegóż się dowiaduję? Ano, że pojęcia nie mają gdzie ów uchodźca może przenocować! Nie ma aktualnego spisu, gdzie są wolne miejsca noclegowe, a pan ze służb wojewody proponuje, żebym sobie zadzwonił tu i tam i dowiedział się o nie. Takie sytuacje nie miały miejsca w czasie, gdy dworcem „kierowało” miasto
– podkreśla. – Udało mi się znaleźć miejsce noclegowe dla tego uchodźcy, ale nie mam pewności czy trafił o odpowiedniej godzinie nazajutrz na dworzec i czy ktoś mu pomógł wsiąść do pociągu jadącego do Grazu – przyznaje mężczyzna. – Wcześniej znaliśmy się, wiedzieliśmy kto za co odpowiada, a teraz praktycznie ja nie wiem do kogo pójść z takim kimś. W efekcie zajmuję się od A do Z kimś, a w tym czasie nie mogę pomóc komuś innemu, na przykład jako tłumacz
– wyjaśnia.
„To nie zła wola, a brak organizacji”
Przemyślanin podkreśla, że nie podejrzewa „ludzi wojewody” o niepoważne podejście do uchodźców, czy tym bardziej złą wolę. – To jest po prostu problem w zarządzaniu nimi, delegowaniu konkretnych zadań konkretnym ludziom. To miało miejsce w miejskim sztabie na dworcu, i dlatego wtedy to tak sprawnie działało – stwierdza.
– Teraz zwyczajnie nikt nie wie, kto za co odpowiada i jest chaos – zauważa. – Fakt, teraz przybywa na dworzec jednym pociągiem 2,5 raza mniej uchodźców niż na przykład trzy tygodnie temu. Ale to nie znaczy, że ci ludzie nie potrzebują pomocy – podkreśla wolontariusz. – Oczywiście, są tacy, którym wystarczy powiedzieć jakim pociągiem mają pojechać w miejsce docelowe, czy miejsce przesiadki – przyznaje. – Ale całkiem sporo to osoby, które są starsze, chore, niepełnosprawne, z małymi dziećmi lub zwyczajnie nieporadne czy w stanie apatii spowodowanej stresem lub zmęczeniem – mówi mężczyzna. – Im trzeba pomóc, zaopiekować się nimi po prostu. Zapewnić nocleg, pocieszyć, pomóc z bagażami, czy choćby włożyć im do komórki darmową kartę SIM i pokazać jak odzyskać kontakty w telefonie – wylicza. – Tymczasem teraz traktuje się uchodźców, z braku lepszego słowa, taśmowo. Czy sprawna młoda dziewczyna czy schorowana staruszka czy matka z trójką dzieci najlepiej, by wsiadły do proponowanego im pociągu i zniknęły z dworca. A tu potrzebne jest otwarte serce i chęć głębokiej analizy sytuacji i wyjątkowego zaopiekowania się nimi
– dodaje ze smutkiem. – Nie wiem z czego to wynika, bo gdy jest jakaś „akcja” służby pani wojewody potrafią się dobrze zreorganizować – zauważa nasz rozmówca. – Na przykład, gdy przyjechał pociąg z dziećmi niepełnosprawnymi z sierocińca, spisały się na medal – przyznaje. – Czyli jeśli mają konkretny rozkaz, to dobrze go wykonują, ale bez tego wszystko to jakoś się „rozłazi” – stwierdza.
Sami poszliśmy na przemyski Dworzec Główny, żeby się przekonać, czy nasz rozmówca nie jest czasem zbyt krytykancki w stosunku do „ludzi pani wojewody”. Niestety to, co tam zobaczyliśmy i usłyszeliśmy, potwierdziły tylko słowa wolontariusza. Obecny stan organizacji pomocy uchodźcom można określić jako: „dużo dobrych chęci, zero koordynacji”. A pamiętamy, że tu naprawdę nie chodzi o pokazanie kto lepszy, a o biednych ludzi, uciekających przed wojną. Każdy taki człowiek to osobna historia i osobna tragedia. Nie wszystkim wystarczy wskazać drogę na peron i tyle…
Monika Kamińska



6 Responses to "Wolontariusze: – Jest gorzej"