
Mekką motocyklistów jest podobno Droga-Matka, czyli Route 66. Prawie 4 tys. km ze wschodniego, na zachodnie wybrzeże USA. Autostrada, która już straciła komunikacyjne znaczenie, została w powieściach, balladach i na filmach. Mimo że owiany legendą, to jednak amerykański asfaltowy klasyk.
Pisał o nim Steinbeck, śpiewali Rolling Stones, jednak to prosty Highway, od kilku lat z dodatkiem „Historic”. Bez obrazy, ale to niespełna 90-letni trakt. Co innego fragment starego Jedwabnego Szlaku, biegnący pod samym dachem świata – Pamir Highway. Na mapach lepiej go szukać jako Pamirsky Trakt, albo pod drogowym kodem M41.
Ich trzech i trzy hondy
Przed rokiem wymyślili, że motocyklami pojadą do Azji Środkowej. Stalowowolanin Grzegorz „Herni” Kopera kiedyś już przemierzył kawałek we wschodnim kierunku, ale to było asfaltowymi drogami do Gruzji. Tym razem korciło ich coś więcej, o czym tylko słuchali i czytali. Do „Herniego” dołączyli jeszcze Mariusz „Joker” Klekowski z Wrocławia i Dominik „Magyar” Tryba z Tarnowa. Na złamaniu poprzedniego i tego roku rozpoczęli na dobre przygotowania do swojego Projektu „Pamir 2014”. Pisaliśmy o nich zimą na naszych łamach.
Łączyły ich nie tylko środkowoazjatyckie zamiary, ale spore motocyklowe doświadczenie i hondy. Każdy miał sprawdzonego „japończyka” klasy ciężkiego enduro. Kopera jechał na dwunastoletnim Translapie 650. Jednaka marka motocykli to przydatny zbieg okoliczności. W razie awarii zawsze można liczyć na wsparcie towarzyszy wyprawy, bo na serwis raczej nie. Choć akuratnie w tej kwestii przywieźli pozytywne wspomnienia. Właściwie to wspomnień złych prawie żadnych nie mają.
– Cały czas dochodzę do siebie – mówi „Herni”. – Niesamowity bagaż wrażeń i doświadczeń. Udało nam się zrealizować cały plan i to punkt po punkcie.

Uśmiech wstępem do każdej rozmowy
Plan zaczęli realizować 12 czerwca. W paszportach mieli już wizy, w kieszeniach vouchery, w kufrach tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Namiot, śpiwór i jakieś ciuchy na zmianę. Resztę mieli na sobie. „Z kopyta” przejechali Ukrainę i kawałek Rosji. Trochę obawiali się Ukrainy ze względu na wojenną sytuację i awaryjnie brali pod uwagę wariant przez Litwę, Łotwę i „z tyłu” Białorusi. Nie trzeba było niczego zmieniać. Dobrymi drogami jechali „ile Bozia dała”, żeby mieć więcej czasu u celu podróży. Pierwszy oddech złapali dopiero na stepach Kazachstanu.
Kontakt z tubylcami i od razu miłe zdziwienie. Żadnych barier językowych, których tak się obawiali. Młodsi kaleczą angielskim, starsi „po swojemu”, a wszyscy po rosyjsku. Ostatecznie to terytorium byłego Związku Radzieckiego. Niektórzy z napotykanych byli nawet w Polsce, co prawda w ramach radzieckiego kontyngentu wojskowego, ale zawsze było o czym pogadać. Gdy translacja napotykała na bariery, wystarczał soczysty „banan” na twarzy. Ich rozmówcy zresztą cały czas się uśmiechali, więc i im po kilku dniach ten nawyk wszedł w krew.
Inna rzecz, że zainteresowanie było obustronne. Trzech motocyklistów wzbudzało ciekawość napotykanych na całej trasie. Musieli odpowiadać na mnóstwo pytań o cel podróży, kraj pochodzenia, a zwłaszcza o motocykle, których nawet właściciele w miarę porządnych samochodów im zazdrościli. To tylko potwierdzało znaną regułę, że łatwiej z człowiekiem zagadać zsiadając z jednośladu, niż wysiadając z jeepa.
Rajd pomiędzy kutrami
Kazachstan to olbrzymie przestrzenie, stepy, wielbłądy i nudy. Nie do końca. Miłym przerywnikiem był „odcinek specjalny” po suchym dnie Jeziora Aralskiego. Aral Sea to jeden z największych kataklizmów ekologicznych w dziejach ludzkości. Sowieci chcieli użyźnić suche okolice nawadniając pola bawełniane wodami z Amu-darii i Syr-darii. Związek Radziecki upadł, a woda dziurawymi kanałami dalej wypływa wsiąkając w glebę, albo normalnie wyparowuje nie nawadniając pól, ani nie zasilając jeziora. Jeszcze w latach 60. ub. wieku pod względem powierzchni było ono czwartym jeziorem świata. Roczny opad poziomu wody sięga 90 cm. Tragedia, ale „Herni” i ekipa mogli ścigać się po suchym dnie pomiędzy kutrami, które na zawsze osiadły na łachach piachu. A po wyjeździe z niecki jeziora kolejna niespodzianka. Kosmodrom Bajkonur jak na dłoni. Co prawda z daleka, ale niewiele jest na Ziemi miejsc, z których startują statki kosmiczne.
Po dziurach w drodze poznali Uzbekistan. Przywitał ich temperaturami powyżej 30 stopni i jeszcze cudowniejszymi widokami. Zwiedzali miasta jak z obrazków: Khivę, Bucharę, Samarkandę, ale już czuli powiew od Pamiru. Nie dało się nie zauważyć ośnieżonych szczytów. Oczywiste podniecenie, bo szturmują miejsce, gdzie zbiegają się najwyższe na świecie łańcuchy górskie: Karakorum, Himalaje, Ten-Szan, Hindukusz. To dlatego pasmo to nazywane jest Dachem Świata.
Cel osiągnięty!
Pamir Highway w niczym nie przypomina autostrady w pojęciu europejskim. To zwykła górska droga, która tylko czasami ma asfalt. Dobrze, jak jest utwardzona, a w większości to trakt, po którym wielbłądowi nie chciałoby się iść. Ma jednak swój magnetyzm, który ściąga offroaderów z daleka. Zmotoryzowanych, rowerzystów i piechociarzy. Spotkasz tu chińską ciężarówkę, która zjeżdża na złamanie karku, powolny ciągnik i autostopowicza z plecakiem. Każdy chce przejechać z Uzbekistanu do Kirgistanu, albo odwrotnie. Jedzie się wzdłuż granicy z Afganistanem, z rozległym widokiem na jego doliny, prawie ociera się o granice Pakistanu i Chin. Przede wszystkim ocierasz się o niebezpieczeństwo i to jest pociągające dla wielu podobnych „Jokerowi”, „Herniemu” i „Magyarowi”.

Na tym kawałku Jedwabnego Szlaku jest chociażby tunel Anzeb, nie bez przekory zwany „tunelem śmierci”. 5-kilometrowe przebicie przez masyw skalny skraca znacząco drogę z Duszanbe do Taszkientu, a przy tym podnosi poziom adrenaliny do niesamowitych wartości. Wspinaczka w górę i silnik hondy zaczyna „robić bokami”. Tak jak motocykliście i jemu brakuje tlenu. Spowolnienie reakcji i ból głowy u tego na górze koreluje z większą paliwożernością maszyny pod nim. W końcu pojawia się tablica: „Pieriewał Ak-Bajtał, wysota 4655 m”. To najwyższy punkt na Pamir Highway! Wyżej można wjechać tylko na przełęcz Khunjerab (4693 m), na drodze do Kaszgaru, jadąc Karakorum Highway przez granicę Pakistanu i Chin.
Cel osiągnięty, można staczać się do Kirgistanu, podziwiając po drodze uroki cudownego Jeziora Karakul. Na wysokości prawie 4 km uderzył kiedyś wielki meteoryt, a krater po nim wypełniła woda.
Kto nie pali, ten jedzie
– Poznaliśmy mnóstwo ludzi z całego świata – podsumowuje wyprawę Grzegorz Kopera. – Nie do zapomnienia są krajobrazy poszczególnych krain. Zaznaliśmy niezwykłej gościnności i serdeczności ludzi. Przede wszystkim zdobyliśmy cel wyprawy. Przejechaliśmy Pamir Highway!
Zajęło im to niecały miesiąc. Przejechali blisko 14 tys. km. Strat prawie żadnych, bo motocykle sprawiły się nadzwyczaj dzielnie. Tylko jedna „guma” i ze dwie drobne usterki do naprawienia samemu. Nie licząc kosztów przygotowania motocykli, na przygodę życia wydali po ok. 7 tys. zł. – Trzy lata temu rzuciłem palenie i oszczędności tylko z tego tytułu mi wystarczyły – nie wiadomo, czy „Herni” żartuje, ale jest to możliwe, tak jak ich wyprawa, w którą jeszcze pół roku temu niewielu wierzyło.
Jerzy Mielniczuk



5 Responses to "Wrócili z Dachu Świata"