
Czterdziestolatek Edward G. siedział w karczmie i pił pod śledzia w oleju. Towarzyszyli mu dwaj kompani, każdy z litrowym przełykiem. Kelnerka biegała tylko od stolika do bufetu i z powrotem, niosąc pełne i odnosząc puste butelki. Wreszcie Edward G. otarł usta rękawem i westchnął: – Ech, życie, życie. Człowiek nie wie, co go czeka…
Na to Roman P. powiedział, że w sąsiedniej wiosce jest wróżka, która przepowiada przyszłość z dokładnością do 5 lat. Mężczyźni postanowili skorzystać z jej usług. Zapłacili rachunek i wyszli na szosę. Przygodnym samochodem dojechali na miejsce.
Wróżka mieszkała w chacie starej, trochę przygarbionej, z małymi oknami. Wewnątrz panował półmrok, a na kuchni warzyły się jakieś zioła. Atmosfera była zatem odpowiednia.
Jasnowidząca siedziała na zydlu, w chuście zasłaniającej czoło i mamrotała coś pod nosem. Gdy wreszcie zechciała spojrzeć na trzech klientów, zahuczała do nich:
– Czegóż to pragniecie przystojni junacy?
Junakom z łbów parowała wóda, ale sytuacja była tak niezwykła, że poczuli się trochę nieswojo. Pierwszy odezwał się Edward G.:
– Pani wróżko, chciałby ja znać, co mnie czeka.
– Każdy by chciał – rzeczowo odpowiedziała.
– Ale ja szczególnie. Tak jakoś smutno mi, chociaż piję i piję…
– Na frasunek dobry trunek – wyrecytowała wróżka.
– Tak, lecz mnie nawet to już nie pomaga. Czym więcej piję, tym smutniejszy chodzę. Żre mnie coś tak od środka.
– Frustracyja na cię dybie – uczenie zawyrokowała starucha.
– Dobrze więc, żeś przyszedł. Siadaj i patrz mi w oczy.
Edward usiadł, zaś dwaj jego kamraci cichutko wymknęli się z chaty. Został sam na sam z wróżką.
Ta zaś wyjęła szkło powiększające i zerknęła mu w oko lewe. Patrzyła przez chwilę, wreszcie wykrzywiła twarz i powiedziała:
– Oj, kiepsko z tobą, młodzieńcze.
– Ja nie taki już młody – próbował się bronić. – Czterdziestka mi stuknęła…
– Toś jeszcze bardzo młody – uspokoiła go wróżka. – Pół życia przed tobą, a tu takie rzeczy…
– Jakie?
– Choroba cię toczy, okropna, nieuleczalna.
Sczeźniesz, rok to góra…
Edward G. wstał ze stołka jak oparzony.
– Kłamiesz, starucho. Zdrów jestem, nie będę umierał.
– Wszyscy umrzemy, ale ty szybciej. Płacisz 100 zł.
Podenerwowany mężczyzna słuchać nie chciał, szybko otworzył drzwi i wybiegł przed chatę, gdzie oczekiwali nań przyjaciele. Blady był jakiś i roztrzęsiony, aż przestraszyli się na jego widok. Po drodze opowiedział im o złowróżbnej nowinie. Naprzód śmiali się, lecz później orzekli, że takie baby różne rzeczy mogą wykrakać. Na wszelki wypadek powrócili więc do swej miejscowości i znów weszli do knajpy topić smutki.
Wróżba okropnie podziałała na Edwarda. Zaczął liczyć dni, jakby uwierzył, że pozostało mu ich bardzo niewiele. W domu bywał coraz rzadziej, zarobione pieniądze skrupulatnie przepijał, żonę od czasu do czasu pięścią częstował, na dzieci wrzeszczał – odmieniły go te wróżby. W pracy zapowiedziano mu kategorycznie, że jeśli nie przestanie pić, wyleci na zbitą twarz. On jednak nie zwracał na nic uwagi, bo na czym mogło mu “zależeć, skoro dni jego były policzone?
Pewnego dnia żona wezwała milicję. Okazało się, że podczas jej nieobecności Edward wyniósł z domu telewizor i sprzedał na wódkę. Zginęły także inne drobiazgi oraz gotówka. Fatalista zaczął brnąć niebezpiecznie i właściwie nic nie stało na przeszkodzie, aby potwierdziły się przewidywania wróżki. Nerki też przecież mają jakieś granice wytrzymałości.
Zdarzyło się wreszcie, że sam kierownik wezwał Edwarda G. do swego gabinetu. Rozmowa była krótka: w zakładzie zginęły materiały wartości blisko 10 tysięcy złotych. Podejrzanym był Edward.
Kierownik zastrzegł, że jeśli do jutra skradzione rzeczy nie znajdą się na swoim miejscu, sprawę przejmie prokurator.
– Wyście przecież to zrobili.
– A czy ja mówię, że kto inny? – spokojnie odrzekł obwiniony. – Wziąłem, bo tu się marnowały…
– Więc jutro odnieście! – krzyknął kierownik.
– Nie odniosę, synku – bezczelnie odparł Edward G. – Teraz to wszystko już mam głęboko…
I powiedział wyraźnie, gdzie to wszystko ma. Wtedy został wyrzucony z biura i jeszcze tego samego dnia sprawę przekazano prokuratorowi. W czasie składania wyjaśnień oskarżony stwierdził, że jeśli nawet otrzyma wyrok to i tak nie zdąży go odsiedzieć, gdyż los jego jest już wiadomy.
Ten nadmiar apatii kwalifikował się do wezwania biegłych psychiatrów. Orzekli oni, że u badanego nastąpiła psychodegradacja, spowodowana nie tyle wiarą we wróżby, co nadmiarem alkoholu. Może on jednak odpowiadać za swoje czyny, lecz jednocześnie winien być poddany leczeniu odwykowemu.
I teraz nie trzeba być już wróżbitą, żeby przewidzieć, co go naprawdę czeka…
Jan Miszczak


