Profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego dostali burę za to, że nie nadali zaszczytnego tytułu doctora honoris causa przewodniczącemu komisji europejskiej Jose Barroso.
Ulubieniec naszej rządzącej elity, jakim jest Barroso, miał otrzymać taki tytuł podczas niedawnych uroczystości 650-lecia krakowskiej Alma Mater. Rada Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych podjęła negatywną decyzję, tłumacząc, że Jose Barroso jest czynnym politykiem. Miała też zdecydować maoistowska, czyli antycywilizacyjna przeszłość tego polityka. – To jest wstyd. Jest mi przykro, że tak szacowna uczelnia jak Uniwersytet Jagielloński zrobiła taki bałagan i niezręczną sytuację – powiedziała rzecznik rządu Małgorzata Kidawa-Błońska. – Niestety, Uniwersytet Jagielloński nie będzie miał dobrej marki w Europie przez ten bardzo niefortunny afront – zawyrokował Janusz Lewandowski, były komisarz unijny.
Wszystkie te wypowiedzi świadczą o braku szacunku polityków dla autonomii wyższej uczelni. Świadczą też o mentalności polskiej elity, która za cenę przypodobania się europejskim salonom, za cenę możliwości pudrowania niemieckich i francuskich policzków i nosków ośmiela się strofować akademików, tak jakby ci byli niedouczonymi studentami. Sprawa jest o tyle bulwersująca, że Uniwersytet nie uchybił ani prawu, ani wymogom dobrego wychowania. Jose Barroso nie spotkał afront, gdyż na wiele miesięcy przed krakowskimi obchodami polityk ten został poinformowany, że nie otrzyma doctora honoris causa, tylko medal pamiątkowy. Sprawę nagłośniła przed uroczystościami pewna polityk PO, by zbić kapitał polityczny.
Jest to poważne ostrzeżenie. Bo skoro wykładowców szacownej uczelni można potraktować jak studentów, to aż strach pomyśleć, jak nas, zwykłych obywateli, traktuje i co o nas myśli nasza klasa rządząca.
Piotr Samolewicz


