
Człowiek jest tylko człowiekiem, a pomyłki wynikające z roztargnienia, słowne lapsusy, czy niezbyt logiczne wypowiedzi zdarzają się niemal każdemu, także kandydatom na prezydenta Rzeszowa i ich sztabowcom oraz popierającym kandydatów liderom politycznym. Jednak w dobie Internetu takie „wpadki”, to tak naprawdę wypadki, bo uwadze internautów nie ujdzie dosłownie nic, a wszystko potrafią dowcipnie skomentować i natychmiast umieścić w sieci, gdzie żyje własnym życiem, ciesząc coraz większą grupę ludzi, która ma z tego coraz większą „bekę”.
W polityce, jak wiadomo, tzw. element zaskoczenia odgrywa dużą rolę. Taktyka „zaskoczyć przeciwnika” sprawdza się na ogół nieźle. Niemniej co innego zaskoczyć, a co innego wprawić w osłupienie. Były już prezydent Rzeszowa, Tadeusz Ferenc, niewątpliwie zaskoczył rzeszowian i nie tylko ich, gdy ogłosił, że rezygnuje ze swej funkcji przed końcem kadencji. Uzasadnił wszelako swą decyzję całkiem logicznie i zgrabnie ogólnym złym samopoczuciem i przebytym właśnie COVID-19. A że Tadeusz Ferenc do młodzieniaszków nie należy, można było owo złe samopoczucie ze zrozumieniem przyjąć. Nie, żebyśmy panu Ferencowi wiek wypominali, bynajmniej. Wspomnienie o tym ma jednak znaczenie, bo bez niego trudno byłoby zrozumieć, trzeba przyznać całkiem udaną „wycieczkę” jednego kandydata pod adresem innego kandydata…O tym jednak za chwilę.
Warchoł „chodzi z Ferencem, żeby się nie zgubić”
Zatem o ile Tadeusz Ferenc, ogłaszając swą rezygnację wprawił rzeszowian w zaskoczenie, o tyle rekomendując na swego następcę Marcina Warchoła, wiceministra sprawiedliwości w rządzie Mateusza Morawieckiego i jeszcze wówczas członka Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry, wprawił ich w osłupienie. Rzeszowianie nie rozumieli bowiem ni w ząb, co ma piernik do wiatraka, albo raczej Warchoł do Ferenca, a już tym bardziej Warchoł do Rzeszowa. Klamka jednak zapadła i Ferenc naprawdę poparł Warchoła w walce o fotel włodarza stolicy Podkarpacia. Marcin Warchoł tak się tym rozochocił, że jego sztabowcy rozpoczęli kampanię wyborczą, nim ta się zgodnie z prawem rozpoczęła. I tu nastąpił, jak to mówi czasem młodzież „zonk”, bo w zasadzie od człowieka, który jest co prawda wiceministrem jedynie, ale za to sprawiedliwości, można raczej wymagać, by prawo znał i go nie łamał. Na dodatek PKW odmówiła Warchołowi zarejestrowania nazwy „KWW Marcina Warchoła z Poparciem Tadeusza Ferenca” motywując to tym, że poparcia nie mogą udzielać kandydatom osoby fizyczne. Była to informacja dla Warchoła wręcz druzgocąca, bo bez Tadeusza Ferenca zwyczajnie mało kto w Rzeszowie zapamiętałby jego twarz. Finalnie Warchołowi udało się zarejestrować swój komitet z Tadeuszem Ferencem w jego nazwie.
Ale nazwa komitetu nazwą, a fakt, że M. Warchoł nijak się rzeszowianom nie kojarzył, może poza tym, że był „ziobrystą”, faktem. Kandydat przyjął zatem taktykę taką, że wszędzie, ale dosłownie wszędzie, gdzie się w Rzeszowie pokazał, pokazywał się z Tadeuszem Ferencem. Poniekąd dziwne nieco, że 81- letni Ferenc, który tłumaczył przecież, że z prezydentury rezygnuje ze względu na stan zdrowia, nabrał nagle wigoru i żwawo ruszył z Warchołem „w miasto”, by go promować. Ta „operacja” sprawiła jednak efekt zgoła odwrotny do zamierzonego. Rzeszowianie zaczęli się z M. Warchoła nabijać, że „chodzi po mieście z Ferencem, żeby się nie zgubić”. Dowcip ten
nawiązuje do tego, że M. Warchoł ani nie pochodzi z Rzeszowa, ani nigdy w nim nie mieszkał, zatem bez przewodnika mógłby sobie nie poradzić. Owo „przyklejenie się” M. Warchoła do Tadeusza Ferenca sprowokowało też innego kandydata na prezydenta Rzeszowa, posła Grzegorza Brauna, do wspomnianej „wycieczki” pod adresem Warchoła. Otóż Braun stwierdził, że „Warchoł chce zostać prezydentem Rzeszowa metodą na wnuczka”.
Poseł Braun szuka swego miasta na Ziemi?
A’propos posła Grzegorza Brauna…On również z Rzeszowem związany nie jest, ale najwyraźniej szuka swego miejsca, a może raczej miasta na Ziemi. W 2019 roku startował bowiem w przedterminowych wyborach na prezydenta Gdańska. Jak wszyscy wiemy, bez powodzenia. Teraz znów chciałby zamienić miejsce w ławach poselskich Konfederacji na fotel włodarza Rzeszowa. Nie wygląda jednak na to, by marzenie to miało się w tych wyborach spełnić, choć poseł Braun zrobił chyba wszystko, by go rzeszowianie zapamiętali. Wyrzucono go z debaty za obrażanie kontrkandydatów, a także spowodował przerwanie obrad rzeszowskiej Rady Miasta podczas majowej sesji nadzwyczajnej. Tematem sesji była uchwała w sprawie stanowienia kierunków działań miasta dotyczących zagospodarowania terenów ogródków działkowych, a zainteresowani, czyli działkowicze, stali przed ratuszem, pikietując w tej sprawie. Wszyscy chcieli, by obrady szły szybko i sprawnie, ale poseł Braun spowodował, że nie poszły wcale. Braun był gościem na sesji i okazało się, że być może zbyt dosłownie rozumie znane powiedzenie „gość nie świnia, swoje prawa ma” traktujące o tym, że gospodarz powinien zadbać o komfort gościa nawet kosztem własnego. Gdy bowiem gospodarz na sesji, czyli przewodniczący RM Andrzej Dec poprosił o założenie przez wszystkich maseczek ochronnych, bo sesja odbywała się jeszcze podczas ścisłego lockdownu, Braun odmówił, przekonując, że prośba jest bezprawna. Odmawiał konsekwentnie, aż w końcu Dec po prostu przerwał z tego powodu obrady. Poseł Braun jest bowiem z frakcji, którą niektórzy nazywają „foliarzami”, albo „płaskoziemcami”. Tak w ogóle to lubi być nie tylko kandydatem na prezydenta miast różnych, ale też bywać gościem na sesjach RM miast różnych. Na przykład niedawno zagościł na sesji przemyskiej RM przy okazji uchylania przez nią uchwały antyLGBT. Zabierając głos poseł Braun zapewnił m.in., że ta uchwała jest potrzebna i jest też ważna dla mieszkańców …Rzeszowa. Potem poprawił się, co się poniekąd chwali.
Szczecin się rozwinie, rzeszowianom będzie lepiej
Inni kandydaci z reguły podczas tej kampanii wiedzieli gdzie są, ale gorzej bywało z tymi, którzy do Rzeszowa przyjeżdżali, by ich wspierać. I tak np. zwolennicy PiS po prostu „pękali ze śmiechu”, gdy wspierający Konrada Fijołka lider PO Borys Budka i prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz podczas swoich przemówień zamiast Rzeszowa wymienili Wrocław. Śmiech jednak zamarł im na ustach, gdy do stolicy Podkarpacia przyjechał sam prezes Jarosław Kaczyński, aby wspierać kandydatkę PiS na prezydenta, Ewę Leniart. On bowiem ogłosił, że dzięki budowie S19 rozwinie się bardzo…Szczecin, co ułatwi życie mieszkańcom Rzeszowa i okolic! Prezes PiS aż dwa razy mylił Rzeszów ze Szczecinem, a przepraszając za to przyznał, że nie wie, dlaczego tak powiedział. Ano, słuchając co mówi J. Kaczyński, często można odnieść wrażenie, że nie wie co mówi i po co mówi. Wicepremier ds. bezpieczeństwa nie ograniczał się do promowania kandydatki na prezydenta miasta tylko w tymże mieście, wspomniał też o… województwie rzeszowskim. Szkoda tylko, że owo przestało istnieć w 1998 roku. No, ale wiadomo, że prezes PiS to człowiek, który sprawia wrażenie, iż aktualna rzeczywistość nie zawsze doń dociera.
Jabłka wyborcze dla maturzystów
Pani wojewoda, Ewa Leniart, jak to niektórzy złośliwi określają „rdzenna rzeszowianka z Dylągówki”, w Rzeszowie się w odróżnieniu od kandydatów Warchoła i Brauna nie zgubi, ale chyba nieco się już pogubiła w tym, czy ma ona promować siebie jako kandydatkę na prezydenta Rzeszowa, czy też swoją partię jako jedynie słuszną i postawiła raczej na to drugie. A kiedy chciała tak coś od siebie, od serca wyrazić, to niespecjalnie wyszło. Pani wojewoda udała się na przykład do maturzystów z I LO w Rzeszowie ze, jak to pisała na Facebooku, wsparciem ekologicznym w postaci jabłek. Nie zabrakło potem komentarzy, że maturzyści już mogą głosować, a kiełbasę wyborczą Ewa Leniart zamieniła na wyborcze jabłka. Dzień wcześniej kandydatka PiS zwróciła się do maturzystów via Facebook, życząc im „(…) świetnych wyników oraz powodzenia w kolejnych etapach kariery naukowej!”. Wydawać by się mogło, że pani wojewoda powinna wiedzieć, że na razie matura to jeszcze nie osiągnięcie naukowe. Całkiem niedawno, bo 6 czerwca, Ewa Leniart ogłosiła na Facebooku swe zwycięstwo w debacie z kontrkandydatami. Dość to frapujące, bo o tym, kto daną debatę wygrał decydują na ogół jej widzowie i słuchacze, a nie uczestnicy. Ale jeszcze zabawniejsze, że pani wojewoda opatrzyła tę informację swoim zdjęciem ze swoim hasłem wyborczym oraz dużym napisem o treści „WYGRANA”. Nie zabrakło ludzi, których wprawiło to w niepohamowaną wesołość, bowiem w niektórych częściach Podkarpacia określenie, że ktoś został wygrany oznacza zgoła coś przeciwnego, niż to, że jest zwycięzcą.
Marcin Warchoł promuje się już w Nowym Targu
Rzeszowianie swego prezydenta wybierać będą już w niedzielę, a na ulicach miasta pełno banerów wyborczych kandydatów. Promuje się cała czwórka, ale tylko Marcin Warchoł uznał, że startując na prezydenta Rzeszowa warto to czynić także w …Nowym Targu. W stolicy bowiem nie Podkarpacia, ale Podhala internauta zauważył jego baner wyborczy wiszący na jednym z płotów. Najwyraźniej M. Warchoł nie wierzy w swe szanse na rzeszowską prezydenturę i grubo przed czasem zaczął swą kampanię w Nowym Targu. Tak oto historia zatoczyła koło, bo od kampanijnego falstartu M. Warchoła wszak zaczęliśmy te kampanijne wspominko-wypominki. Wszystko co napisaliśmy naprawdę zdarzyło. Poważnie! Ale nie trzeba tego traktować ze śmiertelną powagą. Z powagą i rozwagą trzeba zagłosować.
Monika Kamińska



3 Responses to "Wyborcze wpadki na wesoło"