Wybory za tydzień ?

Rzeszów, tydzień przed wyborami do Sejmu 2019. Fot. Wit Hadło (2)

KRAJ. W sprawie wyborów prezydenckich wciąż pat. Tylko Andrzej Duda prowadzi kampanię i niespecjalnie to ukrywa.

Niektórzy Polacy, kolokwialnie mówiąc, gdzieś mają wybory w czasie epidemii koronawirusa. Boją się zakażenia, a pewnie jeszcze bardziej boją się, że jutro czy pojutrze stracą pracę. Są jednak i tacy, których wybory interesują. Tylko, że teoretycznie został do nich tydzień, a najczęściej padającym dziś wśród Polaków pytaniem jest: „Czy wybory będą?”. A to dlatego, że po prostu naprawdę nie wiemy, kiedy i w jaki sposób Polacy będą wybierać swego prezydenta.

Na tydzień przed wyborami kampanii prezydenckiej w Polsce nie ma. Co prawda, oficjalnie z jej prowadzenia zrezygnowała na początku wybuchu epidemii tylko kandydatka PO, Małgorzata Kidawa-Błońska, ale i pozostali opozycyjni kandydaci jej realnie nie prowadzą, bo nie ma możliwości spotykania się z wyborcami i przecież są ważniejsze sprawy dla Polski teraz niż kampania i wybory. Ale z placu „boju” oczywiście nie schodzi Andrzej Duda. Marzy o tym, by wzorem śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego zameldować prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu wykonanie zadania. Bo jeśli nie wykona, ten sprawi, że Duda zniknie ze sceny politycznej. Andrzej Duda robi co może i umie, żeby zaistnieć w mediach, a jako urzędujący prezydent ma nieograniczone możliwości. Rożnie je co prawda wykorzystuje, bo na przykład raczy Polaków odkrywczymi hasłami, że „jeśli nie będzie deszczu, to będzie susza”, by zaraz dać na to dobrą radę, by „w czasie suszy korzystać z deszczówki”.

Jednak niezależnie od tego co i jak powie, czy zrobi A. Duda, jego partyjni koledzy wykonują swoje zadanie: mają za wszelka cenę doprowadzić do przeprowadzenia wyborów prezydenckich jak najszybciej, najlepiej 10 maja. I tu rząd stara się jak może, a może wiele, ale jak się okazuje napotyka na opór. Ale zacznijmy od początku…

Otóż, gdyby nie pandemia koronawirusa wybory prezydenckie powinny się odbyć w konstytucyjnym terminie 10 maja poprzedzone normalną kampanią wyborczą. Jednak zagrożenie epidemiczne sprawiło, że kampanii nie było, a przeprowadzenie wyborów w sposób tradycyjny, to znaczy taki, że Polacy pójdą do urn, stało się niebezpieczne. Opozycja od początku wzywała rząd do ogłoszenia stanu klęski żywiołowej. Wprowadzenie go pozwoliłoby na rezygnację z wyborów w konstytucyjnym terminie i wyznaczenie innego, gdy zagrożenie koronawirusem minie. Wydawałoby się, że to najprostsza i najrozsądniejsza decyzja w czasie epidemii, ale nie dla rządu PiS. Wybory przecież trzeba przeprowadzi jak najszybciej.

Co zrobiła władza? Ano wpadła na pomysł, żeby przeprowadzić w Polsce korespondencyjne wybory prezydenta obsługiwane przez Pocztę Polską S.A. i Ministerstwo Aktywów Państwowych Jacka Sasina, a posłowie Zjednoczonej Prawicy przegłosowali w Sejmie taką ustawę. Z tym, że polski parlament ma jeszcze izbę wyższą, czyli Senat, który podjęte przez Sejm ustawy bada i zatwierdza, albo nie. W Senacie – Zjednoczona Prawica nie ma większości, więc co było do przewidzenia bada on teraz wnikliwie ustawę, a ma na to czas do 5 maja.

Rzeszów, tydzień przed wyborami prezydenckimi 2020.

A tymczasem już wcześniej przy okazji tarczy antykryzysowej nr 2, pozbawiono Państwową Komisję Wyborczą części uprawnień do organizacji wyborów. I tu PiS „strzelił sobie w kolano”, bo po pierwsze nie wskazano nikogo, kto mógłby przygotować wzory kart do głosowania i zlecić ich druk, zatem fakt, że min. Sasin go zlecił, nie ma podstawy prawnej. Po drugie, samorządy są zobowiązane przekazać spisy wyborców PKW, i choć rząd i działacze PiS straszyli samorządowców komisarzami oraz innymi sankcjami, to wielu z nich odmówiło przekazania naszych danych Poczcie Polskiej. Ustawa jest w Senacie zatem… po prostu jej nie ma i nie ma podstawy prawnej do ujawniania spisów wyborców. Poczta Polska dostała nasze dane z Ministerstwa Cyfryzacji, ale to z kolei wie o nas wszystko, w tym gdzie mamy meldunek, ale akurat tego, czy jesteśmy w spisie wyborców tam, gdzie jesteśmy zameldowani, czy może gdzieś indziej, nie wie. Zatem listonosz może nasz pakiet wyboczy dostarczyć tam, gdzie ani nie mieszkamy, ani nas nie ma, ani prawa do głosowania nie mamy.

Wszystko się sypie, a w dodatku wygląda na to, że sypie się też Zjednoczona Prawica, bo dzisiaj nie ma już pewności, że ustawa wróciwszy z Senatu zostanie przyjęta, gdyż niedawny wicepremier rządu Mateusza Morawieckiego, Jarosław Gowin, lider „Porozumienia” po tym, jak bezskutecznie apelował do obozu rządzącego, by wyborów nie robić teraz, teraz „romansuje” z opozycją podczas – jak mówią wszyscy – „przyjaznych rozmów”, z których przebija „troska o Polskę”. Gowin co prawda forsuje złożony już w Sejmie projekt zmiany Konstytucji i przedłużenia kadencji Dudy, ale rozpatrzony on być może dopiero po 15 maja, no i potrzebuje w Sejmie 2/3 głosów.

Opozycja mówi jednym głosem „Nie dla wyborów 10 maja”. Tymczasem zarówno kandydat niezależny Szymon Hołownia, Robert Biedroń (Lewica), jak i Władysław Kosiniak-Kamysz (PSL) oraz Krzysztof Bosak (Konfederacja) wzywają do „nieskładania broni” i wzięcia udziału w wyborach 10 maja, jeśli te się odbędą.

Rozmowy Gowina z Borysem Budką (PO) i Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem (PSL) próbują zaszachować PiS. Nieoficjalnie mówi się, że J. Gowin chce pójść na współpracę z opozycją, za – być może – fotel marszałka Sejmu RP. Komuś może wydawać się, że to kwestia prestiżu, ale nie tylko – gdy nie ma prezydenta RP, jego obowiązki pełni… marszałek Sejmu. Tymczasem J. Gowin spotkał się niedawno także z prezydentem A. Dudą, a spotkanie trwało 2,5 godziny.

Pozostająca nadal w Senacie ustawa o wyborach korespondencyjnych zakłada możliwość przesunięcia ich terminu na 17 lub 23 maja. Z punktu widzenia  polskich autorytetów prawniczych, Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie oraz Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara, a także szefa PKW Sylwestra Marciniaka niewiele to zmienia, bo jak mówi ten ostatni: W tych warunkach nie da się przeprowadzić w pełni wolnych wyborów.  A według Konstytucji RP wybory powinny być powszechne, równe, bezpośrednie i tajne. Rządzący mają jednak za nic zdanie kogokolwiek poza prezesem Kaczyńskim. Jak mówi się nieoficjalnie, wielu ważnych polityków z kręgów PiS starało się go przekonać, żeby „odpuścił” majowe wybory prezydenckie. Ten jednak nie chce, a jego słowo w PiS jest prawem i nie podlega dyskusji. Szkoda tylko, że owo „prawo” zostało rozciągnięte na całą Polskę. A my, Polacy nadal nie wiemy czy wybory będą i na ile ich wyniki będą brane pod uwagę, bo wygląda na to, że niezwykle łatwo będzie je podważyć. 

Monika Kamińska

21 Responses to "Wybory za tydzień ?"

Leave a Reply

Your email address will not be published.