
Ofiary napadu czują się traktowane gorzej niż sprawcy.
– Jesteśmy traktowani gorzej niż przestępcy – twierdzą Mariusz i Bożena, którzy w grudniu 2011 roku zostali napadnięci we własnym domu w spokojnych podprzemyskich Orłach. – Najpierw policja nie dawała nam wiary, że nie znamy motywów napadu, potem wypuszczono sprawców z aresztu bez zawiadomienia nas o tym, a teraz przenosi się sprawę do Torunia. To jest teren sprawców napadu i nikogo nie interesuje, że my się tam boimy jechać, a wujek jednego ze sprawców, poniekąd policjanta, jest tam prokuratorem! – napadnięci nie kryją swego rozczarowania tym, jak działa nasz wymiar sprawiedliwości. – Decyzja o przeniesieniu sprawy do Torunia na wniosek Sądu Rejonowego w Przemyślu aktualnie nie może być zmieniona na wniosek pokrzywdzonych – mówi sędzia Sądu Okręgowego w Przemyślu, Małgorzata Reizer.
Było późne zimowe popołudnie 12 grudnia 2011 roku, gdy Bożena, mama wówczas 2,5-rocznego synka, na podwórku swego domu w Orłach zobaczyła dwóch mężczyzn w policyjnych kamizelkach. Nie podejrzewała niczego złego, sądziła, że to stróże prawa idą do jej domu. Może o coś zapytać? Bez wahania otworzyła im drzwi i… zaczął się horror. Mężczyźni w kominiarkach na twarzach sterroryzowali młodą, delikatną kobietę, grożąc jej śmiercią.
– Krzyczeli, przewrócili mnie na podłogę i skrępowali taśmą klejącą – wspomina pani Bożena. – Chcieli pieniędzy – dodaje. Mariusz w tym czasie wrócił z piwnicy do domu. Bożena chciała go ostrzec, krzyknęła, że to nie policja, tylko przebierańcy, ale mężczyzna nie zdążył uciec. Skrępowanego gospodarza sprawcy pobili, grozili mu bronią palną. – Żądali pieniędzy, plądrowali całe mieszkanie, w końcu znaleźli łup – opowiada Mariusz.
Policja nie dawała im wiary
Zabrawszy go, sprawcy się ulotnili, a gospodarzowi udało się mimo skrępowania wydostać z domu. Zawiadomiona policja – zdaniem ofiar napadu sprawiała wrażenie – że, delikatnie mówiąc, nie wierzy w ich wersję. – Policjanci ciągle mnie nagabywali, żebym powiedział w końcu, kto nas napadł – wspomina Mariusz. – A ja wówczas nie miałem pojęcia, kto mógłby to nam zrobić i dlaczego – wzdycha. Badano najróżniejsze tropy, ale śledztwo utknęło w martwym punkcie. Za to pojawiły się pogłoski, że napad był pokłosiem jakichś porachunków przemytników. – To było bardzo dla nas krzywdzące – stwierdzają Bożena i Mariusz.
Mózgiem „skoku” na ich dom okazał się przyjaciel spod Torunia
Sprawa ruszyła wiosną zeszłego roku, gdy w zupełnie innej części kraju i w związku z zupełnie innym przestępstwem zatrzymano młodego człowieka, Roberta B. Podczas rutynowych czynności śledczych okazało się, że to jego odciski palców zabezpieczono w napadniętym w podprzemyskich Orłach domu. Został przewieziony do Przemyśla, gdzie podczas okazania przez weneckie lustro rozpoznała go Bożena. Wobec takiej sytuacji Robert B. przyznał się do współudziału w napadzie na dom Bożeny i Mariusza i zaczął ujawniać dalsze szczegóły. Te były druzgocące: wraz z nim napadu dokonał toruński policjant Bartosz B., a mózgiem „skoku” na dom pary był… najlepszy przyjaciel Mariusza, Andrzej N. W całej „operacji” miał też brać udział znajomy Bożeny i Mariusza, Michał S.
Prokuratura wypuściła podejrzanych
Już to było wystarczającym szokiem dla Bożeny i Mariusza, a wymiar sprawiedliwości zafundował im – ich zdaniem – kolejne. – Michał S. nie został osadzony w areszcie tymczasowym, bo jest niepełnosprawny ze względu na wzrok – relacjonuje Mariusz. – A pozostali zostali osadzeni, ale rychło ich wypuszczono, stosując dozór policyjny i poręczenia majątkowe – opowiada. Mężczyzna nie kryje irytacji tym, że nie dość, iż wypuszczono sprawców tak poważnego przestępstwa, to jeszcze powiadomiono o tym ofiary napadu po fakcie. Wówczas Prokuratura Rejonowa w Przemyślu wyjaśniała, że nie ma przekonania, iż podejrzani będą mataczyć albo wpływać na świadków ani też ryzyka, że mogą skrzywdzić ofiary napadu. Stąd nie było konieczności zatrzymywania ich w areszcie, który nie jest formą kary, a środkiem zapobiegawczym uchylanym, gdy nie jest potrzebny. Para napadnięta w swoim domu uważała te wyjaśnienia za niedorzeczne, ale cóż mogła zrobić?

– Nie wychodzimy po zmroku, założyliśmy w całym domu monitoring i żyjemy u siebie jak więźniowie, bo się boimy – przyznali niecały rok temu w rozmowie z naszym dziennikarzem. Składali kolejne zażalenia na decyzję prokuratury, ale ta, według ich informacji, zwlekała z przekazaniem akt do sądu, wiec ten nie mógł się ustosunkować do ich pism.
… a sąd przeniósł sprawę na teren oskarżonych
Kiedy już było coraz bliżej procesu, Bożena i Mariusz wierzyli, że ich koszmar się już skończy: sprawcy znajdą się w więzieniu, a oni przestaną się bać. Tymczasem…
– Otrzymaliśmy pismo, że w związku z popełnieniem przez sprawców innych przestępstw na terenie województwa kujawsko-pomorskiego proces także w sprawie napadu na nas będzie toczył się przed sądem w Toruniu – opowiada Mariusz. – Jest na nim pouczenie, że ta decyzja wydana na wniosek przemyskiego Sądu Rejonowego jest prawomocna i nie podlega zażaleniu – dodaje Bożena. Pomimo to pełnomocnik pokrzywdzonych napisał zażalenie do rzeszowskiego Sądu Apelacyjnego. Podnosi w nim m.in., że z nieuzasadnionych niczym pobudek nie bierze się pod uwagę sytuacji i interesów pokrzywdzonych, a raczej dba się o interes oskarżonych. – To się w głowie nie mieści – mówi prawie z płaczem Bożena. – Toruń to teren sprawców, prawie drugi koniec Polski – zauważa. – My, żeby tam jechać musielibyśmy zostawić dom bez opieki! My się najzwyczajniej boimy tam pojechać – dodaje kobieta. Para ma, według niej, wiarygodne informacje, że krewny oskarżonego o napad na nich policjanta, Bartosza B., jest w Toruniu prokuratorem. – Po prostu robi się wszystko, żeby ten B. wyszedł z tego bez szwanku – uważają Bożena i Mariusz. – Tak u nas wygląda sprawiedliwość! Chroni się bandytów, a nie ich ofiary, jesteśmy na to żywymi przykładami – dodają.
Sędzia Sądu Okręgowego w Przemyślu i rzecznik tegoż, Małgorzata Reizer, potwierdza, że decyzja o przeniesieniu sprawy do Torunia wydana na wniosek przemyskiego Sądu Rejonowego jest prawomocna i nie przysługuje na nią zażalenie.
Bożena i Mariusz na rozprawę, jak deklarują, jednak się nie wybiorą, bo jak wspomnieli, boją się. Czy będą się trzymać deklaracji? Zobaczymy. Tak czy owak działania wymiaru sprawiedliwości w tej sprawie istotnie wydają się dziwne, żeby nie rzec dość sprzyjające domniemanym sprawcom bardziej niż ich ofiarom. A chyba nie tego od wspomnianego wymiaru sprawiedliwości oczekujemy…
Monika Kamińska



6 Responses to "Wymiar sprawiedliwości bardziej dba o interes bandytów niż ich ofiar?"