Od kilku tygodni opowiadamy ustami znanych ludzi o ułomnościach dzisiejszej Polski. Mówimy tak naprawdę o tym, jak na naszych oczach burzona zostaje harmonia, która tworzyła naszą codzienność i dawała bezpieczeństwo. A teraz patrzymy na upadek tego naszego świata – gospodarczy i prawny: o czym mówił prof. Leszek Balcerowicz, etyczny: co w wymiarze politycznym opisywał Władysław Frasyniuk, a moralny Tomasz Sekielski, czy w końcu kulturowy – jak było w ubiegłotygodniowej opowieści Wojciecha Manna i Magdy Jethon o końcu radiowej Trójki takiej, jaką znaliśmy.
Bazujemy w tych jasnych stronach naszego życia na odruchach i przyzwyczajeniach, które tworzą naszą własną harmonię. Ciepłą sferę rzeczywistości. A budowa takiej harmonii trwa przecież latami, kiedy to kształtujemy swoje gusta i potrzeby – że tutaj wypijemy kawę, bo jej zapach toczy się wokół jak nigdzie indziej – a do tej restauracji pójdziemy na kolację z przyjaciółmi, żeby spędzić ten miły wieczór w klimatycznym wnętrzu, no i zjemy to czy tamto, bo ten aromat potraw ulubionej kuchni wpływa najlepiej na produkcję naszych endorfin.
Taka nasza harmonia i choć nie myśleliśmy o tym nigdy – ona latami harmonijnie powstawała. Pomyślcie, ile człowiek musiał rzeczy wynaleźć, żeby upiec chleb. Wiedzieć, co to zboże, że ze zboża mąka itd. albo ziemniaki, które trafiły do Hiszpanii dopiero w 1570 roku i kiedy spróbowano niejadalnych, ugotowanych łodyg i liści – polecono spalić całą przesyłkę z Nowej Ziemi. I ci, którzy palili – spróbowali tych pachnących spalonych bulw, i dlatego teraz je jemy. I tak to działa.
Wszystko co w jedzeniu jest piękne wynika z prostoty i potrzeby. Tu nie ma bezsensownych ruchów – każdy ma swoje uzasadnienie i wytłumaczenie. Dlatego gotowanie to trochę sztuka wyobraźni, do której przyklejają się smaki i zapachy. Łatwiej jest, kiedy te smaki i zapachy znamy – trudniej, kiedy musimy zdać się na wyobraźnię. Pamiętam jak Robert Makłowicz gdzieś w Chorwacji rozglądał się wokół i zrywał z krzewu świeży liść laurowy, potem schylał się po wijące się u jego stóp oregano, a na końcu chwytał rosnącą gdzieś obok żółtą jak słońce cytrynę. Tam to wszystko jest na miejscu. My musimy sobie to wyobrazić.
Andaluzyjski pasterz szedł w góry na długo, a brał przecież tylko to, co mógł unieść. Reszta rosła dookoła. W tym przepotwornym upale bułki pszenne błyskawicznie wysychały, zabrana z dołu papryka praktycznie się wędziła, a pomidory przejrzewały i pękając nabierały słodkiej soczystości.
Co z tym zrobić, żeby było troszkę inaczej niż zwykle, bardziej uroczyście, lepiej, przyjemniej? Więc trze te pomidory na zeschniętej bułce, trze paprykę, wrzuca resztę bułki, żeby w tych pomidorach namokła i zostawia na noc w strumieniu, żeby zimne było i miał w ten upał orzeźwienie. A dodaje do tego, to co rośnie wokół oraz to, co ewentualnie jeszcze przyniósł ze sobą. Na przykład ususzoną w słońcu kiełbasę z papryką… i tak powstaje gazpacho – najsłynniejszy chłodnik świata.
Harmonii gazpacho nikt nie zniszczy, bo pamięć przenosi przepis i zwyczaje, a jego wonne składniki nadal w zasięgu ręki. Natomiast stosunkowo łatwo i szybko – jak widać – destrukcji ulec może to wszystko co wokół, co tworzy dla tych potraw i zwyczajów kulturową codzienność, istotę naszych przyzwyczajeń.
Tę codzienność, która budowana przez tyle lat dawała stabilizację i bezpieczeństwo – począwszy od ulubionej knajpy czy kafejki, poprzez „Zapraszamy do Trójki” – audycję, której nie ma na antenie od ponad tygodnia, a ostatni raz zniknęła w stanie wojennym – aż po wolność, praworządność czy Konstytucję.
Jeśli to wszystko wokół w końcu zniknie – „odcinane powoli jak plasterki salami” – pozostanie nam tylko przenieść się wyobraźnią do dalekiej, upalnej Andaluzji, gdzie pole słoneczników, drzewo oliwne, wysuszona trawa, kamień, schłodzone w strumieniu wino z bukłaka i gazpacho – pachnące tym wszystkim, co rośnie wokół. W oddali morze i ośnieżone góry. Jakieś małe miasteczko. I uśmiechnięci ludzie.
Wyobraźni nikt nam przecież nie zabierze.



4 Responses to "Wyobraźni nam nie zabiorą"