
Podczas okupacji likwidatorzy Armii Krajowej byli traktowani jak najwięksi bohaterowie.
Rozmowa z dr. Piotrem Szopą z Instytutu Pamięci Narodowej Oddział w Rzeszowie, autorem książki „W imieniu Rzeczypospolitej… Wymiar sprawiedliwości Polskiego Państwa Podziemnego na terenie Podokręgu AK Rzeszów.”
– Pana książka ukazuje się równo pięć lat od pierwszego wydania wspomnień Stefana Dąmbskiego „Egzekutor”, „pistoletu” Armii Krajowej na Rzeszowszczyźnie. Czy szeroko dyskutowane wspomnienia Dąmbskiego zainspirowały pana do podjęcia tematu likwidatorów AK?
– Wiele osób kategorycznie odrzucało to, co napisał Dąmbski, inni brali wszystko za prawdę. Starałem się ustalić, co było prawdą w tekście Dąmbskiego. Oprócz tego ciekawiły mnie, jako że jestem także prawnikiem, aspekty prawne wymiaru sprawiedliwości Polskiego Państwa Podziemnego. Już dawno interesowałem się, jak walka z przestępczością wyglądała w ekstremalnych warunkach, polegających na tym, że nie tylko przestępca, co oczywiste, chce pozostać anonimowy, ale także ten, kto go sądzi i ściga. Wszystko to rozgrywało się w schizofrenicznej sytuacji, w sytuacji z drugim dnem. Życie w okupowanej Polsce płynęło w ten sposób, że pomimo represji okupanta, Polacy próbowali jakoś przeżyć. Zdarzało się, że popełniali różne rzeczy, jednocześnie zdawali sobie sprawę z tego, że jest drugi nurt, że zawsze ktoś kogoś obserwuje, tylko nie wiadomo do końca kto. Nawet ci, którzy popełniali przestępstwa, zdawali sobie sprawę, że może ktoś przyjść i wykonać na nich wyrok.
– W jakich latach działał akowski wymiar sprawiedliwości?
– Krakowski okręgowy Wojskowy Sąd Specjalny (WSS) działający w ramach Związku Walki Zbrojnej, którego jurysdykcja rozciągała się na nasz teren, funkcjonował już w 1941 roku. Mógł zacząć swoją działalność nawet z końcem 1940 roku. Kiedy stworzono podokręg rzeszowski Armii Krajowej, powstał wydział zamiejscowy tego sądu. Krakowski nosił kryptonim „Waga”, rzeszowski „Ważka”.
– Ten wymiar sprawiedliwości kończy działalność z chwilą rozwiązania AK?
– Nie wszystkie struktury AK były od razu rozwiązane. Ostatni WSS na terenie dzisiejszego Podkarpacia powstał w kwietniu 1945 roku przy Batalionie L lwowskiego zgrupowania AK „Warta”. Sądził wówczas m.in. szefów lubaczowskiego Urzędu Bezpieczeństwa, którzy w następstwie tych wyroków „ginęli w niejasnych okolicznościach”. Winę często zrzucano na UPA albo na podziemie niepodległościowe, nie wskazując konkretnego oddziału. Dopóki istniało podziemie, dopóty istniały sądy w różnym wymiarze.
– Podaje pan, że w ciągu tych lat na terenie podokręgu rzeszowskiego AK wykonano 500 egzekucji.
– Tyle potrafię imiennie podać. Tych wyroków było o wiele więcej. Aby uniknąć represji na ludności cywilnej, sąd nakazywał, aby delikwent przepadał bez śladu. W takim przypadku nie było też komunikatu w prasie podziemnej. Niezbadana jest też skala wyroków wydanych przez sądy polowe przy oddziałach partyzanckich. Protokoły tych sądów często ginęły na szlaku bojowym danego oddziału. Natomiast dwa razy większa jest liczba osób, na których jednak nie wykonano wyroków śmierci z braku przekonywających dowodów. Trzyosobowe składy wojskowych sądów specjalnych musiały być jednomyślne w sprawie kary śmierci.
– A ilu likwidatorów działało w patrolach dywersyjno-likwidacyjnych?
– Zalecenia były takie, by w każdym obwodzie AK istniały przynajmniej jeden – dwa patrole likwidacyjne. Każdy patrol liczył trzy osoby. A obwód to powiat. To była wojskowa część. Podobnie było w cywilnej części wymiaru sprawiedliwości, podlegającej delegaturze rządu londyńskiego. Ale te cywilne patrole były większe, liczyły nawet do15 osób. Można więc powiedzieć, że w każdym powiecie takich osób było kilkadziesiąt. Oprócz tego każdy żołnierz dywersji mógł być zadysponowany do wykonania wyroku. Bywało tak często. Na przykład szlak oddziału partyzanckiego obwodu rzeszowskiego kryptonim „Rakieta”, w którym służył Kazimierz Dejmek [przyszły wybitny reżyser teatralny – ps], znaczyło wiele wykonanych wyroków. W sumie mamy prawo mówić o liczbie około 200 likwidatorów na terenie rzeszowskiego Podokręgu AK.
– Podziemny wymiar sprawiedliwości miał na celu trzymanie w ryzach społeczeństwa w okupowanym kraju?
– Nie chodziło o otrzymanie w ryzach, ale o to, by społeczeństwo się nie zdegenerowało. Wymiar sprawiedliwości Polskiego Państwa Podziemnego walczył z przestępczością, która w okresie wojny była szczególnie brutalna, m.in. z powodu większej dostępności broni. To jest wielki plus Polskiego Państwa Podziemnego. Nie skazywano ludzi ad hoc, byli sędziowie śledczy, były służby powołane do zbierania materiału dowodowego. Rozpytywano ludzi w terenie, nawet samego oskarżonego w luźnej rozmowie, o czym on nawet nie wiedział, z czego później sporządzano protokół.
– Największymi wrogami dla pracy niepodległościowej, jak czytamy w akowskich dokumentach, byli ci Polacy, którzy podjęli współpracę z gestapo lub żandarmerią niemiecką.
– Którzy podjęli współpracę niekoniecznie sformalizowaną, bo nie musieli podpisywać żadnego zobowiązania. Działalność tego typu ludzi stanowiła wielkie zagrożenie nie tylko dla struktur podziemnego państwa, ale i całego społeczeństwa. Donosili o uboju nielegalnym i handlu, o wszystkim, co było nielegalne, a co ludzie przecież robili, bo musieli jakoś przeżyć.
– Czy rozmawiał pan z rodzinami osób, na których AK wykonała wyroki śmierci?
– Tak. Dla rodzin, szczególnie w małych miejscowościach, którym zabito ojca czy kogoś innego bliskiego, było to bardzo traumatyczne przeżycie. Nawet po 2000 roku zdarzało się, że ktoś coś zrobił z nagrobkiem takiej zlikwidowanej osoby, że na takim nagrobku pojawiał się jakiś napis. Takie rzeczy działy się nawet w okolicach Rzeszowa. W książce jasno napisałem, że rodziny zlikwidowanych nie powinny ponosić żadnej odpowiedzialności, że to nie one robiły złe rzeczy.
– A z wykonującymi wyroki rozmawiał pan?
– Z kilkoma. Byli już sędziwymi ludźmi. Ta działalność do końca życia odcisnęła na nich piętno. Jeden pan powiedział mi, że za każdym razem, gdy się spowiadał, pytał księdza co z tymi wyrokami, czy zostaną mu wybaczone. Inny z kolei mówił, że ciągle widział oczy pewnego skazanego sprzed egzekucji, właśnie tego a nie innego, choć wykonał wiele wyroków. Przez cale życie wracał do niego ten obraz.
– Ci ludzie chyba do końca życia trzymali w tajemnicy to, co robili podczas wojny? Nie mam na myśli tych likwidatorów, którzy musieli zeznawać po wojnie przed Urzędem Bezpieczeństwa.
– Podczas okupacji likwidatorzy byli traktowani jak najwięksi bohaterowie. Nie mogli się przyznawać do wykonywania wyroków. Co prawda nie wykonywali ich na terenie swojej placówki, ale już powiatu – tak. I gdyby taka informacja wypłynęła, to w nowym systemie, albo jeszcze podczas wojny, rodzina zlikwidowanego mogłaby się zemścić na likwidatorze i jego rodzinie. A przecież likwidator nie miał nic wspólnego z procesem sądzenia. Najczęściej nie wiedział, kogo likwiduje. Zdarzało się tak, że z własnej inicjatywy likwidatorzy próbowali się dowiedzieć, kogo mają zlikwidować, próbowali dociekać, czy wyrok jest słuszny. Opisuję taki przypadek z Krosna. Likwidator umówił się z kobietą, którą miał uśmiercić. Zaczął ją wypytywać o współpracę z gestapo. Gdy ta pokazała mu obciążające ją dokumenty, w tym korespondencję z gestapo, nakazał jej iść przodem i wtedy wykonał wyrok śmierci. On dokumenty te przekazał do dowództwa jako materiał dowodowy. Jeśli chodzi o okres powojenny, likwidatorzy przed komunistycznym UB zeznawali jak najmniej, dopiero jeśli im udowodniono udział w jakiejś akcji, opowiadali jej okoliczności.



5 Responses to "Wyrok zostanie wykonany natychmiast cz.I"