Z kotwicą na piersi, z orłem w sercu

Fot. Archiwum
Fot. Archiwum

Andrzeja spotykam na każdym meczu w koszulce z napisem „Chwała Bohaterom”. Damian na ramieniu kazał sobie wytatuować orła w koronie. Jego dziewczyna w tym samym miejscu ma również orła koronowanego, ale ze skrzydłami złożonymi w kształcie serca. Takie wpinki nosiło się w czasach II RP. Zobaczyła ją na wystawie w Desie i nie ustąpiła. Orła ma na zawsze.

Biało-czerwony szalik, nawet praktycznie używany do osłaniania szyi, nie jest już zjawiskiem. Ale zimowa kurtka z dużym haftem „Polska Niezłomna i Honorowa” jeszcze tak. Marcin kupił ją w Warszawie. Chłodno było akuratnie, więc się od razu sprawdziła. W domu ojciec osłupiał, gdy syna w nowym odzieniu zobaczył. – Chodź żono zobacz, jak nasz syn teraz się nosi – powiedział tylko. Bo i co miał powiedzieć? Że źle, jak syn na patriotę się kreuje?

Gdzie się podziało 40 ton tupolewa?
Kreacji z nutą patriotyzmu jest w naszym kraju coraz więcej. Niektórzy mówią o modzie, inni o chwilowym zauroczeniu. Ani jedno, ani drugie – bo moda, tak jak i zauroczenie, jest zjawiskiem krótkotrwałym. Przemijają, zostawiając po sobie co najwyżej wspomnienia i zdjęcia. To, czego jesteśmy świadkami, jest czymś znacznie poważniejszym. Zaczynamy otwarcie chwalić się polskością. Wyjmujemy z historii to, co dla nas jest najważniejsze. Tu nie ma znaku równości z historią nauczaną w szkołach. Ileż w niej rozdziałów o Żołnierzach Wyklętych? A dla porównania warto zwrócić uwagę na koszulki noszone głównie przez młodych ludzi. Na co drugiej są wilcze oczy symbolizujące żołnierzy powojennego podziemia. Historia w okowach obecnego porządku jest wygładzona, a młody człowiek takiej nie lubi. „Gdzie się podziało 40 ton tupolewa?” – z takim pytaniem na trykocie obnosi się Jędrek.

– Bo mam prawo takie pytanie zadać – odpowiada śmiało licealista z Sandomierza. – Nie powinno ono nikogo razić, dla niektórych jest ono co najwyżej niewygodne.

Patriotyczne koszulki stały się niewygodne dla jedynie słusznej opcji. Mainstreamowe media próbowały przypuścić na nie nagonkę, wdziewając w nie wyłącznie kiboli i skrajnych narodowców. W miarę szybko ocknęły się, gdyż kampania ta żywcem przypominała napiętnowanie bikiniarzy z lat pięćdziesiątych i hippisów dekadę później. Teraz wokół mody patriotycznej jest medialna cisza. W zamian wcześniej napiętnowani nie obnoszą się już z odpowiednio wystylizowanym skrótem „GW”, od tytułu pewnego medium.

Che i serduszko to już obciach
Trykoty zawsze były swego rodzaju tablicą do ekspozycji swoich poglądów. Niekoniecznie politycznych. Wzięło się to od hippisowskich kwiatów, ale szybko na kolorowych koszulkach zaczęły się pojawiać swego rodzaju manifesty i buntownicze twarze. Muzycy są wieczni, zwłaszcza z hippisowskiej kultury i dlatego wizerunek Jimmy Hendrixa nie dziwi i dzisiaj nikogo. Co innego z buntownikami rodem z Ameryki Łacińskiej. Che Guevara i tak u nas długo na trykotach przetrwał. Właściwie to jeszcze walczy, ale jest w wyraźnym odwrocie. Przegrywa chociażby z Romanem Dmowskim. I tu oddajmy sprawiedliwość młodemu polskiemu pokoleniu. To ono wyciąga na ulice postacie zasłużone dla Polski. Tak jest z rotmistrzem Witoldem Pileckim, kolejną ulubioną postacią z trykotowego serialu. „Wybacz mi żono, że Polskę ukochałem” – pisał z kazamatów bezpieki. Ilu nauczycieli te słowa przeczytało swoim uczniom? A są one prawie zawsze pod wizerunkiem dzielnego rotmistrza na koszulce, koszuli czy bluzie.

Che jest trykotowym demode. Teraz nawet Marylin Monroe przegrywa z bohaterską sanitariuszką Danutą Siedzikówną „Inką”. Bo amerykańskiej blondynki można posłuchać, a pamięć Inki trzeba wskrzesić i dlatego koszulki z jej twarzą, a przynajmniej samym pseudonimem są rozchwytywane. Nie nosi się też jakże popularnych trykotów z banalnymi napisami typu: „I love NY”, „I love Paris” i z wszelkimi innymi serduszkami. A cóż to znaczy? Że byłeś w Ameryce, w Paryżu, czy na osiedlowym bazarze po „światową” koszulkę. Dziś już nie ma granic i prawie nikt nie chwali się, że był w Ameryce, Francji czy na Wyspach. To zwykły obciach. Dziś można na trykocie przeczytać: „Jestem Polakiem i z Polski nie wyjadę”.

Producenci i projektanci
Furorę na patriotycznym rynku mody robi firma „Surge Polonia”. Zawołanie to (Wstań Polsko) były na sztandarze 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej gen. Stanisława Sosabowskiego. Dla celów niekoniecznie marketingowych wskrzesiła je grupa przyjaciół i fascynatów historii, zakładając niespełna trzy lata temu firmę odzieżową. – Postanowiliśmy przybliżyć najciekawsze epizody z naszej historii szerokiemu gronu odbiorców, nadając im współczesny wymiar – piszą o swoim przedsięwzięciu. – Chcemy promować idee nowoczesnego patriotyzmu oraz dowieść, że patriotyzm może być zarówno ciekawy, jak i niezwykle inspirujący.

„Surge Polonia” stawia sobie wysokie cele, więc nie produkuje „chińszczyzny”. Wszystko robione jest w Polsce, z gatunkowo najlepszych materiałów. Nad fasonami pracują najlepsi polscy designerzy młodego pokolenia, którzy inspirując się historią narodu, czerpią z graffiti, komiksu, pop-artu a nawet tatuażu. Ostatecznie tworzą dla tych, którzy nie boją się demonstrować przywiązania do własnego kraju. Jako datę założenia odzieżowa spółka podaje 11 listopada 2011 r. (11.11.11). Trzeba przyznać, że ładna data.

W listopadzie wspomnianego 2011 r. swoją kolekcję odzieży zimowej zaprezentował Robert Kupisz. Motywem był biały orzeł. Przebił się przez wszystkie blogi i modowe pisma, ale jakoś jego odzieży nie widać dziś na ulicach. „Warszawka” widocznie uznała ją, a może orła, za zbyt ekstrawagancką. – Ten nasz ptak, który dla mnie jest po prostu kurą w koronie, był do tej pory mało modowym symbolem – wyjaśniał po pokazie Tomasz Jacyków, ale jedną koszulę z ukoronowaną kurą sam sobie kupił.

Praktykanci
Z odzieżowym patriotyzmem najczęściej oczywiście spotykamy się na stadionach. Nie tylko wtedy, gdy gra narodowa reprezentacja. Trybuny sportowe podchwyciły hasło, że tylko prawdziwy patriota jest prawdziwym kibicem. I to kibice stanęli w obronie historii, gdy resort edukacji ograniczał jej nauczanie w szkołach powszechnych. Na jednym ze stadionów w naszym regionie, podczas meczu ligowego piłki nożnej, kibice rozwiesili wtedy olbrzymi i przepiękny transparent przedstawiający szarżę naszych husarzy. Napis brzmiał: „Jeśli chcesz, żeby Polska nie umarła, wspomnij jak walczyła polska husaria”. Trybuny wtedy wstały i odśpiewały hymn Polski. A obserwator z PZPN nałożył karę na klub. Do szkoły może i chodził, ale patriotyzmu nic nie łyknął.

Nasz T-shirtowy patriotyzm widziałem na Ukrainie. Jeszcze rok temu, gdy Putin na sąsiadów nie najeżdżał, w centrum Lwowa był wielki zjazd UPA. Ukraińcy, zwłaszcza ci zachodni, żyją Banderą i trzeba się z tym pogodzić. W karnych szykach stali na rynku ci, którzy za czasów wojennych strzelali, i ci, którzy później na front rosyjski ochotniczo pojechali. UPA nam jednoznacznie się kojarzy i widok takiej parady przyprawiał gęsiej skórki. Wtedy nasi postanowili zamanifestować swój patriotyzm. Orężem był szarawy trykot z dużym napisem: „27. Wołyńska Dywizja Piechoty AK”. Dla wiadomości młodszych – to ta formacja na śmierć i o życie walczyła z upowcami. Przechadzali się nasi między szeregami pogrobowców UPA i choć wszyscy wiedzieli o co chodzi, nikomu powieka nie drgnęła i nikomu włos z głowy nie spadł. Ostatecznie to tylko odzieżowa manifestacja. Oni w mundurach, my w T-shirtach.

Latem tego roku pojechaliśmy do Lwowa w koszulkach „Wolność Ukrainie”. Koszulki podarowaliśmy braciom Ukraińcom i tak nasz trykotowy patriotyzm przekroczył granice.

Jerzy Mielniczuk

8 Responses to "Z kotwicą na piersi, z orłem w sercu"

Leave a Reply

Your email address will not be published.