Z Singapuru na granicę

– Nadia zostawiła w Singapurze męża i 3-letniego synka, Charliego.
Ich fotografia jest na pulpicie
jej telefonu. – Dzięki temu
są tu ze mną – mówi wzruszona. Fot. Monika Kamińska

– Gdy dowiedziałam się o tym, że Putin napadł na Ukrainę, po prostu zamarłam. Bałam się potwornie o moich bliskich i przyjaciół, o wszystkich w Ukrainie. Nie mogłam jeść, spać, ani pracować. Postanowiłam, że muszę pojechać do Polski, żeby pomóc uciekającym przed wojną! – wspomina Nadia. To silna, zdecydowana kobieta – jak postanowiła, tak zrobiła. W Singapurze zostawiła męża i 3-letniego synka. – Wytłumaczyłam mu, że muszę jechać pomóc dzieciom, które straciły swoje domy, ciepłe łóżeczka i zabawki – mówi Nadia. I dzielny, mały Charlie to zrozumiał.

Nadia jest nieduża i szczupła. Ma delikatne, drobne dłonie i bardzo bystre, ciemne oczy. Spotykamy się w jednej z przemyskich kawiarni. Pije kawę, bo ostatniej doby spała tylko 3 godziny. – Wróciłam właśnie z Paryża, gdzie odwoziłam moją mamę i kuzynki – wyjaśnia.
– Nieco odsapnę i wracam do pracy w punkcie pod dawnym Tesco w Przemyślu – zapowiada z uśmiechem. Nadia jest tłumaczem, mówi po ukraińsku, rosyjsku i angielsku. – Po tych kilku dniach w Polsce po polsku też już trochę mówię – śmieje się. Za chwilę jednak uśmiech znika z jej ładnej twarzy. – Widzę tu tyle ludzkiego cierpienia, tyle bólu, strachu, tyle ludzkich dramatów – wyznaje ze smutkiem.

Potworny lęk o bliskich

Nadia urodziła się w okolicy Iwanofrankiwska na Ukrainie. Jest naukowcem, specjalistką od leków i wyrobów medycznych. Razem z mężem, Litwinem, mieszkała od kilku lat w Londynie. Niedawno wyjechali wraz z synkiem, 3-letnim Charliem do Singapuru, gdzie Nadia pracuje w jednym z amerykańskich koncernów medycznych. – Żyjemy tam bardzo spokojnie i komfortowo – opowiada wolontariuszka. – Singapur to bardzo piękny kraj, w zasadzie istny raj z bajkowymi wręcz krajobrazami – uśmiecha się. Będąc w tym właśnie raju, bezpiecznym i pięknym Nadia dowiedziała się, że Putin napadł na Ukrainę i że na Iwano-frankiwsk spadły rosyjskie rakiety. – Ogarnął mnie okropny strach o moich bliskich – nie kryje. Wolontariuszka ma liczną rodzinę, 9 sióstr, brata i mamę. Na szczęście okazało, się, że nikt z rodziny Nadii nie ucierpiał. – Ale nie tylko o rodzinę się martwiłam, mam w Ukrainie wielu przyjaciół i znajomych – wyjaśnia. Dlatego przez kilka pierwszych dni wojny kobieta nie mogla normalnie funkcjonować. – Nie jadłam, nie potrafiłam zasnąć ani skupić się w pracy – wyznaje. – Cały czas myślałam tylko o Ukrainie i o uchodźcach. W domu na czterech telewizorach oglądaliśmy wiadomości dotyczące wojny, nadawane przez różne stacje – wspomina. – Pokazywano uchodźców, kobiety z małymi dziećmi, często z jednym tobołkiem, przerażonych ludzi. Nie mogłam znieść tego widoku siedząc w wygodnym fotelu. Czułam, że nie wystarczy wsparcie finansowe dla uchodźców, że potrzebna jestem tutaj. Musiałam przyjechać – mówi cicho Nadia.

Kto odebrał dzieciom poczucie bezpieczeństwa

Wolontariuszka sama jest matką małego dziecka. Jej synek Charlie ma zaledwie 3 latka. Nadia pokazuje na naszą prośbę jego zdjęcia i filmiki z nim, które nagrywa jego tato i przysyła Nadii. Co można powiedzieć 3-latkowi w takiej sytuacji, gdy jego mama musi jechać pomagać uciekającym przed wojną? – Powiedziałam Charliemu, że muszę wyjechać, żeby pomóc innym dzieciom, które straciły swoje domki, ciepłe pokoiki i łóżeczka oraz zabawki. Muszę lecieć do dalekiego kraju, że pomóc im normalnie żyć – wspomina Nadia. – Wtedy zadał mi pytanie: „A kto zabrał dzieciom ich domki, pokoiki, łóżeczka i zabawki?” . Odpowiedziałam mu, że źli ludzie. Wtedy przytulił się do mnie i powiedział „Mamusiu, leć pomagać tym dzieciom. Niech odzyskają swoje domki, łóżeczka i zabawki” – w oczach wolontariuszki lśnią łzy. – Nie miałam serca powiedzieć mu, że te dzieci być może nigdy już nie zobaczą swoich domów i zabawek – dodaje.
Na wyjazd do Polski jako wolontariuszka Nadia ma zgodę swego pracodawcy, który na czas jej pobytu tutaj wypłaca jej pobory w formie swoistego stypendium. – U mnie w pracy wszyscy zrozumieli moją sytuację. To, że po prostu muszę tu być – wyjaśnia kobieta. Wyjazd do Polski nie był jednak wcale dla Nadii taki łatwy, nigdy wcześniej nie była w naszym kraju. – Moi singapurscy przyjaciele założyli na Facebooku grupę pn. „Nadia w drodze” – wspomina wolontariuszka. – To dzięki ludziom z tej grupy i ich znajomym udało mi się sprawnie dostać do Polski, a potem do Przemyśla – wyjaśnia. Na początku nie miała się gdzie zatrzymać. – Jeden z tutejszych przedsiębiorców dał mi klucze do swego biura i tam spędziłam pierwszą przemyską noc – opowiada Nadia. – Teraz już mam lokum, mieszkam u jednej pani, która mnie bardzo serdecznie przyjęła – dodaje.

Wolontariusze to zgrana ekipa

O swoich wygodach Nadia nie myśli, myśli o uchodźcach wciąż napływających do Polski. – Widok tych ludzi umęczonych podróżą, głodnych, zziębniętych i przerażonych naprawdę rozdziera serce – mówi wolontariuszka. – Ale staram się być opanowana, bo jestem tu przecież po to, by pomagać – podkreśla. – Mam w sobie wiele wewnętrznego spokoju, bo wiem, że moi bliscy są bezpieczni. Ten spokój o nich daje mi siłę do tego, żeby pomagać uchodźcom – stwierdza. Jak zauważa Nadia, bardzo przydała się tutaj jej znajomość języka rosyjskiego. – Wielu uchodźców ze wschodniej części Ukrainy mówi po ukraińsku bardzo słabo, albo i wcale – tłumaczy. – Po angielsku też nie mówią, więc porozumieć się z nimi można w zasadzie tylko po rosyjsku – wyjaśnia. Poza tłumaczeniem Nadia robi jako wolontariuszka wszystko to, co w danej chwili jest potrzebne. – Choć my, wolontariusze, wcześniej się nie znaliśmy, to jesteśmy zgraną ekipą i świetnie się dogadujemy – opowiada Nadia. – Każdy jest tu z potrzeby serca, nie z przymusu, dlatego wszyscy te nasze serca otwieramy dla uchodźców, ale i dla siebie wzajemnie – podkreśla. – Każdy z nas ma swoje przezwisko – uśmiecha się. – Ja jestem „Nadia Azja”, bo przyjechałam z Singapuru – wyjaśnia.
Nadia pokazuje nam zdjęcia z punktu pod dawnym Tesco. – To Swietłana, przyjechała z dziećmi z Charkowa, była wykończona, dzieci głodne i wystraszone – wspomina. – Ale już jest bezpieczna w Gdańsku, pisała do mnie. A to Olga, spod Kijowa, spędziła kilka dni z dzieckiem w schronie. Dziecko przyjechało do Polski w złym stanie, miało problemy z oddychaniem. Olga jest lekarką, więc rozumiała, że jej dziecko może umrzeć. Na szczęście dzięki szybkiej pomocy medycznej dziewczynka doszła do siebie i obie z mamą już wyjechały do znajomych w Zachodniej Europie – wyjaśnia. – Poza tym, że uchodźcy są często w złym stanie fizycznym po długiej i wyczerpującej podróży, bardzo wielu z nich jest w bardzo złym stanie psychicznym. Niektórzy są nadal w szoku, niektórzy mają objawy stresu pourazowego – mówi Nadia. – Znajdują tu doraźną pomoc, ale tam, gdzie się znajdą docelowo, potrzebna im będzie terapia – zauważa wolontariuszka.

Nie przestanie pomagać

Nadia planuje zostać w Przemyślu około trzech tygodni. Potem będzie musiała wracać do Singapuru. – Nie przestanę pomagać! Będę tam organizować zbiórki, pomoc rzeczową. W moim domu w Singapurze już mamy jeden pokój zajęty przez dary przekazywane na rzecz uchodźców. Moi bliscy organizują ich transport do miejsc, gdzie uchodźcy są. Bardzo wielu ludzi chce pomóc, ale chyba nikt nie okazuje uchodźcom tyle serca, co wy, Polacy. Jesteście wspaniali i cieszę się, że poznaję Polaków
-uśmiecha się Nadia. – Mam nadzieję, że kiedyś znów przyjadę do Polski i do Przemyśla. W lepszych czasach. Wtedy was odwiedzę – deklaruje wolontariuszka.
W czasie rozmowy z nami Nadia kilka razy odbiera telefony. Dzwonią ludzie potrzebujący pomocy i ci, którzy pomocy chcą udzielić. Wolontariuszka raz mówi po angielsku, za chwilę po rosyjsku, za chwilę znów po ukraińsku. Jest zmęczona, ale cierpliwie i z uśmiechem rozmawia. – Po to tu jestem – mówi po prostu. Dodać trzeba, że Nadia nie po raz pierwszy pomaga walczącej Ukrainie. W 2014 roku, gdy Rosja dokonała aneksji Krymu pobiegła w nowojorskim maratonie, by zebrać pieniądze dla Ukrainy. – Kiedyś mieszkałam w Londynie, dziś w Singapurze, ale jestem z Ukrainy – podkreśla – i jestem Ukrainką.

Monika Kamińska

3 Responses to "Z Singapuru na granicę"

Leave a Reply

Your email address will not be published.