
II LIGA. Dokonał w życiu kilku niefortunnych wyborów, był we włoskim Klubie Kokosa, a dziś chce się odbudować oraz wrócić do szkoły i zdać maturę – Adrian Liberacki, nowy piłkarz Stali Mielec.
W piątek skończył 22 lata, ale doświadczeniem mógłby obdzielić kilku dużo starszych zawodników. Dla Adriana Liberackiego Stal Mielec jest dziewiątym klubem w przygodzie z piłką. – Wierzę, że właśnie to miejsce okaże się dla mnie szczęśliwe – uśmiecha się wysoki obrońca.
Występujący w juniorskich reprezentacjach Polski Adrian bardzo szybko został zauważony przez skautów Arki Gdynia. W barwach żółto-niebieskich debiutował w Młodej Ekstraklasie. Miał niespełna 16 lat, gdy przyszła oferta z Lecha Poznań. Nastolatka kusiła też Reggina Calcio z włoskiej Serie B i rodzina Liberackich zdecydowała, że Kalabria daje dużo większe możliwości. – Jak się potem okazało, nie był to najszczęśliwszy wybór. Ale kto mógł przewidzieć, że przenosząc się do „Kolejorza” mógłbym przebyć taką drogę jak mój kolega Tomek Kędziora, który z powodzeniem gra dziś w polskiej ekstraklasie – uśmiecha się gorzko Adrian. Podczas opowiadania swojej historii, jeszcze nie raz smutno pokiwa głową.
Włoski Klub Kokosa
W życiu trzeba mieć trochę szczęścia, a nowy obrońca Stali uśmiechu fortuny raczej nie doświadczył. Inna sprawa, że czasem strzelał samobója. Tak było w pierwszym meczu mistrzostw Europy z San Marino, gdy złamał kość śródstopia. – Trener Janusz Białek tak nas nakręcił w szatni, że na początku meczu zamiast czysto wybić piłkę, chciałem wejść „saniami”. No i nadziałem się na kołek. O debiucie w Serie B mogłem zapomnieć – wspomina Liberacki.
Z klubem ze stolicy Kalabrii miał różne przeboje. Gdy pojawiła się oferta z Valenciennes nie chciał wracać do Włoch. Koniec końców wrócił i został zesłany do tamtejszego Klubu Kokosa. – Chyba nie muszę tłumaczyć, że znaleźli się tam ci, którzy nie mieli przyszłości w Regginie. W ostatnim dniu okienka transferowego prezes postawił sprawę jasno: możesz zostać, ale u nas nie zagrasz albo odejść na wypożyczenie do trzeciej ligi. Pomyślałem, że dla młodego piłkarza najważniejsze są regularne występy. I znowu pech! Dwa tygodnie później do Regginy przyszedł trener, który wcześniej na mnie stawiał. Plułem sobie w brodę, bo kolega Paweł Bochniewicz (wychowanek Wisłoki Dębica – red.) zrobił przy nim duży postęp, co zaowocowało transferem do Udinese – przypomina Liberacki, który kilkakrotnie sparzył się też na menadżerach. – Nie chciałbym o tym za wiele opowiadać, ale wiadomo, że w środowisku piłkarskim nieuczciwych nie brakuje. Ten etap mam jednak za sobą, o moje interesy dba teraz Jarosław Kołakowski. Bardzo sobie cenię tę współpracę.
Pomóc w awansie
– Ostatni sezon spędziłem w czwartej lidze w San Bonifacio. Zdaję sobie sprawę, że kibicom w Polsce nazwa tego klubu niewiele mówi – śmieje się Adrian. – Wróciłem do kraju, tutaj zamierzam się odbudować. Był sygnał z Rozwoju Katowice, lecz uznałem, że w występującej klasę niżej Stali będę miał większe szanse na grę. Znam dobrze trenera Białka, wiem, czego ode mnie oczekuje. Do przyjazdu do Mielca zachęcał mnie też Robert Sulewski, z którym grałem kiedyś w Arce. Na miejscu przekonałem się, iż nie ściemniał. Stal to młoda, głodna sukcesu drużyna. Jestem tu od niedawna, ale wszystko w klubie bardzo mi się podoba. Chcę pomóc w awansie. Najpierw jednak muszę się przebić do składu. Łatwe to nie będzie, gdyż konkurencja jest silna, a ja wracam na boisko po kontuzji mięśnia – zauważa.
Słońce i sjesta
– Italia? Tęskni za nią już tylko moja dziewczyna Natalia. Choć nie powiem, południe Włoch to świetne miejsce do życia. Nieustanne wakacje – latem 40 stopni ciepła, zimą 18. Człowiek nie wie, co to kurtka i szalik – uśmiecha się nasz rozmówca. – Jedynie do sjesty trzeba się przyzwyczaić. Przez kilka godzin w środku dnia wszystko jest pozamykane na cztery spusty i niczego nie można załatwić. Italii nie zawojowałem, za to nauczyłem się języka włoskiego. Kto wie, może kiedyś się przyda? Na razie myślę o powrocie do szkoły i zdaniu matury. Dużo też czytam o diecie sportowca. Zrobiłem badania w klinice Rehasport i okazało się, że jestem uczulony na rzeczy, którymi się objadałem. Teraz już wiem, czego unikać.
Tomasz Szeliga


