
Co poza planem łączyło Agnieszkę Dygant i Piotra Adamczyka? Dlaczego Tomasz Karolak ucieszył się ze swojej roli? Czy Maciej Zakościelny potrafił grać na trąbce? W oczekiwaniu na najnowsze perypetie niegrzecznego Mikołaja, zwariowanego małżeństwa Kariny i Szczepana oraz innych bohaterów zajrzyjmy za kulisy świątecznej produkcji.
Każda część miała innego reżysera. W każdej pojawiały się nowe gwiazdy. Żadnej nie trzeba było specjalnie namawiać do udziału w produkcji. Nawet Pawła Małaszyńskiego, który unika komedii romantycznych. – Pamiętam swoje zaskoczenie, gdy zacząłem czytać. Przerzucałem te kartki, przerzucałem, przerzucałem… O, koniec! Powiedziałem: „Wow, nie wierzę”. Wzruszyłem się, śmiałem – czytając, co w moim przypadku jest trudne.
Paweł Małaszyński dostał propozycję innej roli niż Wladi, ale ta postać szczególnie mu się spodobała. Także Martę Żmudę – Trzebiatowską moglibyśmy oglądać w innej roli, niż Moniki. Aktorka ubiegała się o rolę Doris – otrzymała ją jednak Roma Gąsiorowska.
Zachwycona swoją bohaterką była Agnieszka Dygant. – Od razu mi się spodobała, bo była bardzo temperamentna – twierdzi. Podobnie jak scenariusz, który nie był „totalnie grzeczny”. Tym, co jednak szczególnie zachwyciło gwiazdę, był jej filmowy mąż, a konkretnie jego odtwórca, Piotr Adamczyk, z którym zna się od… 12. roku życia. Razem uczęszczali do ogniska teatralnego Teatru Ochoty. – Ja byłem tam nazywany Węgrem, a Agnieszka to była Niunia – opowiada Piotr Adamczyk.
– Gdy dowiedziałam się, że Piotr będzie mi partnerował, wiedziałam że będę się czuła bezpiecznie. Jak znasz się z kimś i masz dobrą relację to fajnie się pracuje. Można wypuścić się na bardziej ryzykowne granie. Wiesz, że możesz na kogoś liczyć, że ktoś cię będzie wspierał w pomysłach, że będziecie się razem realizować i strzelać do jednej bramki. To bardzo ważne, żeby mieć do siebie zaufanie – podkreśla aktorka.
Widać to na ekranie, bo filmowe awantury z ich udziałem robią piorunujące wrażenie. -Jak my się widzimy na planie „Listów do M.” to od razu chcemy wchodzić na wysokie C. Lubimy się tam kłócić, bić i rzucać w siebie ostrymi przedmiotami – zdradza Agnieszka Dygant, która nie ma też oporów, by używać mocnych słów. – Dłużej się znamy niż nie znamy, więc jako on zaczyna coś „pitolić”, to ja też „dopitalam”. Jak on wyczuje w co idę, to resztę już sobie dośpiewa.
Aktorska para niejednokrotnie improwizowała, poddawali też kolejne pomysły, jak uatrakcyjnić relacje między ich bohaterami. – W dwójce nasz wątek w scenariuszu byl troszeczkę za spokojny. Nie było np. tej sceny, podczas której oni tak strasznie się kłócą i gdzie padają te znamienne słowa: „w dupie jesteśmy zapisani” – wspomina Agnieszka Dygant. – Miałam intuicję, że jeśli nie będzie jakiejś hardkorowej sceny, to będzie źle. Piotr zresztą poparł mnie wtedy.
Wspomniana kłótnia zrobiła wrażenie nie tylko na dorosłych widzach. – Kiedyś gdy przyszłam do przedszkola mojego syna, jakiś mały chłopiec podszedł do mnie i mówi: „a pani powiedziała: w dupie” – opowiada aktorka. – Pamiętam, że mnie to trochę speszyło.
I choć Agnieszka Dygant świetnie się bawiła, bywały i mniej przyjemne momenty. Jak ten podczas kręcenia awantury w lesie. – Trzeba było z super bliskiej odległości trafić w nią śnieżką. Chodziło o to, żeby trafić Agnieszkę w twarz – wspomina producent, Izabela Łopuch w „Making of – Listy do M”. – Robiliśmy to jakieś 25 minut. Rzucali w nią śnieżką wszyscy. I nikt nie trafił. Ona też już tak bardzo tego chciała, wszyscy chcieliśmy. Napięcie sięgało zenitu. Nie udało się. Zrobiliśmy tę scenę postprodukcyjnie – kulka gdzieś tam przeleciała, ale głównie bokiem.
Gdzie ten śnieg?
Nieodłączną gwiazdą wszystkich części świątecznej produkcji jest też Tomasz Karolak. Jak przyznał, bez problemu wcielił się w swojego bohatera, bo jako student dorabiał sobie właśnie w przebraniu mikołaja, odwiedzając m.in. krakowskie przedszkola. – Nienawidziłem być świętym mikołajem. Wszystko mnie wtedy denerwowało, dostawałem szału. Zarabiałem pieniądze, żeby jakoś przeżyć – opowiadał w jednym z wywiadów. – Różne głupoty wygadywało się wtedy dzieciom. Dziecko mówiło na kolanach: „Mikołaju, a od mikołaja to tak pachnie jak od mojego taty”. No więc ja mówiłem: „Ale jak od twojego taty pachnie? To są perfumy”.
Stąd też aktor świetnie odnalazł się na planie m.in. improwizując rozmowy z dziećmi w galerii handlowej. Nudzić się zresztą nie mógł, bo bohater, którego grał był w ciągłym ruchu. Stąd też nie uniknął wiszenia na drzewie czy wspinaczki po balkonach. Wszystko oczywiście z asekuracją.
Podobnie jak Tomasz Karolak swoje doświadczenie w budowaniu roli wykorzystał Maciej Stuhr. – W tej roli przypomniałem sobie o swoich początkach w Radiu Kraków – mówił dla PAP Life. I choć rola radiowca wydawać się mogła dość spokojną, praca na planie była wymagająca. – Cztery noce spędziliśmy w centrum handlowym, co było bardzo urocze. Ale oczywiście skłamałbym, gdybym powiedział, że to był najcięższy film, w którym zagrałem – przyznał. – Kłopoty pojawiły się tylko ze śniegiem, który musieliśmy dorabiać różnymi sztuczkami.
Na co pozwolą kaskaderzy
Noc w galerii, która za dnia musiała być otwarta, zapadła w pamięci także Borysowi Szycowi, który kręcił tam sceny szaleńczego pościgu za pingwinem. – Nie na wszystko mi pozwalali – zdradził TVN aktor. – Taki wielki skok wykonują kaskaderzy, bo ja nie mogę na planie złamać nogi, natomiast sam przejechałem na żyrandolu przez cała „Arkadię”, mając dwa piętra pode mną. Fajne uczucie.
Jak się okazuje zwinność cechująca filmowego policjanta Gibona to zasługa właśnie Borysa Szyca. – W pierwszej wersji scenariusza ta jego ksywa nie była wytłumaczona. Więc zaczęliśmy szukać. Czy ma śmiesznie chodzić? No nie. Ściga przestępcę, więc dodajmy coś do tego, niech to będzie współczesne – taki rodzaj parkouru, że on przeskakuje przez coś, łapie się, zjeżdża… Kaskaderzy powymyślali różne rzeczy, a ja to zacząłem wykonywać. Oczywiście przy ich wsparciu.
– Ten film był dla mnie oddechem od ciężkiego kalibru filmowego – „Pokotu” czy filmu o Kantorze – tłumaczył Borys Szyc w „Vivie!”. – Poza tym to była okazja do spotkania z reżyserem Tomkiem Koneckim.
Na planie spotkał nie tylko reżysera ale i m.in. Magdaleną Różczkę, która wcielała się w jego ukochaną. Ok. 12-letnia znajomość (grali m.in. parę w serialu „Oficer”) pomagała na planie. Jak choćby w scenie pocałunku. – Wiem, że Madzia się trochę stresowała, ale tak spojrzeliśmy na siebie, zobaczyliśmy, że mamy już nieco więcej zmarszczek, znamy się tyle lat, mieszkamy 3 bloki od siebie, nasi partnerzy się znają… Stwierdziliśmy: „dobrze, idziemy w to” – opowiadał aktor w „Dzień Dobry TVN”. – Dużo dłużej się całowaliśmy, niż później widzieliśmy to w filmie i trochę mamy żal, bo się tak nastaraliśmy – żartował. A nagrywanie tej sceny trwało… dwa dni.
Dla Macieja Zakościelnego „Listy do M.” były okazją do zdobycia nowych umiejętności. Urodzony w Stalowej Woli aktor, który tam też ukończył szkołę muzyczną stopnia I i II-go stopnia w klasie skrzypiec postanowił udoskonalić swoje zdolności. Ponieważ jego bohater – Redo był wirtuozem trąbki, gwiazdor specjalnie na potrzeby filmu podjął wyzwanie nauki na tym instrumencie. – Nie ukrywam, udało mi się dość szybko pojąć ten instrument i grać melodie – zdradził w „Dzień Dobry TVN”.
A czym zaskoczą nas aktorzy w najnowszej odsłonie? Oczekując na premierę można umilić sobie czas słuchowiskiem Storytel „Między Listami”. To zapis terapii małżeńskiej Kariny i Szczepana, która zabiera w podróż do najważniejszych chwil w ich związku: od pierwszego spotkania w remizie, przez kolejne rozstania i powroty do siebie, aż po bycie dziadkami i młodymi rodzicami jednocześnie. Można też oczywiście przypomnieć sobie wcześniejsze odsłony filmu. Niezawodny sposób na świąteczne wieczory…
anja
Źródła inf.: FB ListyDoMfilm, „Making of – Listy do M.”, „Making of – Listy do M.2”, „Making of – Listy do M.3”; FB StorytelPL (Spotkanie online z Agnieszką Dygant i Magdaleną Witkiewicz), TVN, TVN24, Radio Zet, Plejada, „Viva!”.


