
Marzyła o wyjeździe do Ameryki Południowej, ale nie jako turystka. Odkąd pamięta, chciała stanąć na sambodromie i wraz z najlepszymi dać ponieść się magii brazylijskiej samby. By spełnić marzenie, Sylwia Szteliga, przeniosła się z Mielca do Londynu, gdzie dołączyła do najstarszej szkoły tego tańca. Zaledwie dwa lata później stała na płycie lotniska z biletem do Rio De Janeiro w ręce, myśląc: – Jak nie teraz, to kiedy?
O kulisach największej na świecie imprezy karnawałowej rozmawiamy z Sylwią Szteligą.
– Sambodrom, dźwięk charakterystycznych bębnów i tłumy bawiących się ludzi. Co Pani czuła, kiedy w końcu znalazła się w centrum tego wszystkiego?
– Nie umiem tego opisać! Byłam ogromnie szczęśliwa. To było spełnienie moich marzeń, magiczna chwila! I coś, co uzależnia. Nasza szkoła paradowała tamtego dnia jako pierwsza, więc rozpoczęliśmy występ o czasie, choć część tancerzy dołączyła do nas na 5 – 10 minut przed wejściem na sambodrom! W Brazylii czas pojmowany jest bardzo specyficznie (śmiech). Sao Clemente jest dość nietypową szkołą, która do karnawału podchodzi w humorystyczny sposób. A naszym motywem przewodnim przed dwoma laty było Hollywood i przemysł filmowy. Stroje oraz charakterystyczne wielkie platformy były inspirowane kinem.
– Jak Brazylijczycy podchodzą do Polki prezentującej ich „narodowy” taniec?
– Początkowo za każdym razem, kiedy mówiłam, że tańczę, nie chcieli mi wierzyć i prosili o próbkę możliwość. Gdy okazywało się, że faktycznie, trochę się na tym znam, zawsze byli pozytywnie zaskoczeni i gratulowali. Ponieważ od lat interesowałem się ich kulturą i chciałam ją poznać bliżej – włączając w to poznanie faveli – zostałam bardzo miło przyjęta. I mimo że nadal byłam „gringa” (cudzoziemka), to traktowali mnie, jakbym była częścią ich społeczności. Wielu nie ma pojęcia, gdzie leży Polska, ale niektórym z nich nasz kraj nie jest obcy, bo na południu Brazylii mamy bardzo liczną Polonię. Jeśli się nie mylę, to drugą co do wielkości na świecie! Brazylijczycy bardzo się cieszą, że ich dobro narodowe, jakim jest samba, idzie w świat i staje się coraz bardziej popularne.
– A Pani kiedy się w niej zakochała?
– Kiedy miałam 4 lata, a w radiu leciała „Lambada”, którą wówczas wszyscy znali, zakładałam swoją żółtą lambadówkę i tańczyłam na podwórku, za garażem. Wtedy też obiecałam sobie, że pewnego dnia pojadę do kraju, z którego pochodzi ta muzyka. Kilka lat później, w czasie Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 1998 r. zaczęłam kibicować Brazylii. Proszę nie pytać, dlaczego. Tak czułam! Z czasem coraz bardziej zgłębiałam kulturę tego kraju, a kilka lat później trafiłam na lekcje samby.
– Gdzie stawiała Pani pierwsze kroki?
-W jednym z krakowskich zespołów, z którym przez jakiś czas byłam związana. Czułam jednak, że chcę czegoś więcej. Gdy mówiłam głośno, że chciałabym kiedyś pojechać do Brazylii i tam ją zatańczyć, wiele osób mnie wyśmiewało. Niestety, znalezienie jakichkolwiek zajęć tanecznych z Samba No Pe, czyli samby tańczonej podczas karnawału, graniczyło z cudem.
– Pani to nie zniechęciło…
– Odkąd sięgam pamięcią, marzyłam o wyjeździe do Ameryki Południowej. Nie chciałam pojechać tam jedynie jako turystka. Chciałam tam zamieszkać. Dlatego pięć lat temu zdecydowałam się na wyjazd do Londynu, gdzie byłam w stanie zarobić i odłożyć więcej pieniędzy na ten cel. Po kilku miesiącach dołączyłam do London School of Samba – najstarszej szkoły tego tańca w Londynie, a być może i w całej Wielkiej Brytanii. Uczyłam się pod okiem fantastycznych nauczycieli m.in: Orquidea Lima – tancerki z wieloletnim doświadczeniem na całym świecie, królowej festiwalu samby w Koburgu, byłej królowej i muzy LSS; Igora Maximyliano – muzo (prestiżowa solowa pozycja) w szkołach Imprerio Serrano w Rio i Paulista w Sao Paulo, czy Irineu Nogueira – choreografa ze szkoły Vai Vai w Sao Paulo.
– Moment, kiedy pomyślała Pani: – Jak nie teraz, to kiedy?
– Pamiętam go bardzo dobrze! To był czerwiec 2018 roku. Rozmawiałam z moim bratem i po raz kolejny mówiłam o planach wyjazdu do Rio i występu podczas karnawału. Na co on odparł, że na razie tylko gadam, a nie podejmuję żadnych kroków… Wszedł mi na ambicję. Kilka dni później kupiłam bilet w jedna stronę do Rio De Janeiro. I wtedy właśnie pomyślałam: – Jak nie teraz, to kiedy?
– W samej Brazylii miała Pani znajomych?
– Znałam może dwie osoby, ale nie byli to przyjaciele, ani ktoś, na kogo mogłabym liczyć. Mieszkania szukałam przez internet. A z lotniska odebrał mnie poznany w sieci znajomy. Wszystko było dość ryzykowne, ale miałam dobre przeczucia. Wiedziałam, że się uda!
– Proszę powiedzieć, że miała Pani przynajmniej pewne miejsce w szkole samby!
– Nie! Ale pochodząca z Rio znajoma, którą poznałam w Londynie, dała mi kontakt do swojego przyjaciela. Był w sekcji muzycznej jednej ze szkół – Sao Clemente. Umówiłam się z nim i razem poszliśmy na próbę, gdzie przedstawił mnie Julianie – koordynatorce passista, czyli najlepszych tancerzy. Ta złapała mnie za rękę, wprowadziła w tłum tancerzy i powiedziała „tańcz”, co też zrobiłam! Po treningu zawołała wszystkie passista, podziękowała nam, a na koniec oznajmiła, że jestem nowym członkiem zespołu. Poczułam wtedy, że moje marzenie właśnie się spełnia! W Brazylii ćwiczyłam m.in. pod okiem Carlinhosa Salgueiro – jednego z najbardziej cenionych i uznanych tancerzy oraz choreografów samby na świecie. Obecnie trenuję z Iuli Caroline z Sao Paulo, która ma na swoim koncie wiele zwycięstw w konkursach tanecznych i niezliczoną liczbę występów na paradach, a także z Ale Jansen również Brazylijką, będącą międzynarodowym coachem samby z latami doświadczenia scenicznego.
– Ile w Brazylii jest szkół samby?
– Cała masa, ale tych najbardziej liczących się około 20. To ich wychowankowie paradują na sambodromie. Każda ma około 60 minut na zaprezentowanie się publiczności. Ogromnej rywalizacji nie widać, choć na pewno jest, bo każda szkoła jest oceniania. Szkoły paradują w dwóch kategoriach: Serie A i Grupo especial. Ta, w której każda chce pozostać lub się do niej dostać to pierwsza piątka z Grupo especial.
– W punkcie kulminacyjnym karnawału Rio podobno nie zasypia. Czy to prawda?
– W całym mieście odbywa się masa imprez. Na ulicach grają bloco – grupy muzyczne i faktycznie zabawa trwa cały czas! Nie miałam możliwości uczestniczenia we wszystkich, bo przygotowywałam się do występu, ale atmosfera się udzielała! No i poznałam wtedy męża.
– Jak, proszę opowiedzieć!
– Wraz ze współlokatorką wyszłyśmy się pobawić i potańczyć się na bloco. Oczywiście wcześniej się wystroiłyśmy i umalowałyśmy, używając ogromnej ilości brokatu! W tłumie ludzi zauważyłam chłopaka, który od razu wpadł mi w oko! Złapałam moją koleżankę za rękę i zażartowałam: „On będzie moim mężem!” (śmiech). Chwilę później odwróciłam się, a on stał za nami, trzymając przed sobą tackę z papierosami i lizakami, które sprzedawał podczas karnawału. To bardzo popularna metoda zarabiania w Rio. Koleżanka kupiła od niego słodycze, a my tylko wymienialiśmy się spojrzeniami, po czym każde z nas poszło w swoją stronę. Kilka minut później znów na siebie wpadliśmy, co graniczyło z cudem, bo na ulicy były tłumy! Wtedy Rudson vel Pico zapytał, czy może mnie pocałować. A ponieważ ze względów bezpieczeństwa podczas karnawału nikt nie nosi ze sobą komórki, wręczył mi swoją wizytówkę. Dziś jesteśmy małżeństwem.
– Musiała Pani go oczarować! A z czego robi się te zachwycające stroje karnawałowe?
– Podczas treningów w szkole – przy obecności publiczności, lub czasem podczas występów gościnnych – nosimy jedynie kolorowe body oklejone mnóstwem kamieni i frędzli. Inaczej wygląda sprawa imponujących karnawałowych kostiumów. Baza, czyli to, co jest na głowie, plecach, ramionach oraz biustonosz – jest metalowa. Owija się ją tasiemkami, okleja materiałem i dokleja cyrkonie. W zależności od skomplikowania projektu, jeden kostium może ich mieć od kilkuset do nawet kilku tysięcy. Do tego dochodzą oczywiście pióra! Ze względów etycznych, ale i finansowych ostatnio rośnie popularność syntetycznych. Ja w swoich dotychczasowych strojach miałam naturalne. W tym, który jest dla mnie przygotowywany na 2022 rok będzie ich ponad 800!
– Ile trzeba zapłacić za takie cuda?
– Koszty są bardzo duże! Od kilku do kilkunastu tysięcy złotych. A najdroższe są właśnie pióra.
– Czy taki zestaw później się sprzedaje lub używa?
– Zdarza się, że jest odsprzedawany, można go używać po karnawale. Ale wystąpienie dwa razy w tym samym stroju na sambodromie jest niemożliwe.
– Kiedy rozpoczynają się przygotowania do tego karnawału?
– Zaraz po zakończeniu poprzedniego. Miesiąc, może dwa miesiące później. Ale intensywne w okolicach października, listopada. Im więcej trenujemy choreografię, tym lepiej! Chociażby dlatego, że samba wykonywana podczas karnawału jest niesamowicie wymagająca. Aby móc przez godzinę tańczyć intensywnie, trzeba być dobrze przygotowanym. Ja staram się ćwiczyć 5 – 6 razy w tygodniu, minimum przez 60 min.
– W ubiegłym roku z powodu pandemii karnawał odwołano.
– Dlatego, według zapowiedzi, karnawał 2022 ma być jeszcze bardziej wyjątkowy! Bloco będą zapraszały wielkie brazylijskie gwiazdy na uliczne imprezy, a szkoły samby na sambodromie będą chciały zachwycić jeszcze bardziej niż do tej pory!
– Pani tam nie zabraknie, a wystąpi w roli „Musas”.
– Dokładnie! Musa to prestiżowa solowa pozycja. Będę szła na czele jeden z sekcji i moim zadaniem będzie jak najlepsze reprezentowanie szkoły G.R.E.S. Imperio da Tijuca. Treningi zaczęły się jakiś czas temu, ale jako solistka mogę ćwiczyć sama lub pod okiem osób, z którymi trenowałam do tej pory.
– Zdradzi Pani, jaki będzie motyw przewodni Pani szkoły?
– Odrobinę (śmiech). Nie jest tajemnicą, że samba narodziła się w afrykańskich społecznościach i jest silnie powiązana z Orixa (jedno z bóstw z synkretycznej religii candomble). Dlatego nasze przesłanie na nadchodzący karnawał mówi o tym, żeby nie zapominać, skąd się wzięła samba i gdzie sięgają jej korzenie.
Rozmawiała Wioletta Kruk



2 Responses to "Za kulisami najbardziej widowiskowego karnawału"