
– W mundurach nic nie biorą. Cywilni ludzie podchodzą i proponują ominięcie kolejki za 800 euro. Mówili mi, że chętnych zabierała karetka. Za nią jechały samochody. Ambulans podwoził grupę do granicy. A później przesiadała się do samochodów z tyłu
– opisuje pani Tatiana. Przyjechała z Niemiec do Rzeszowa, gdzie czekała na córkę swojego kuzyna. – To dziecko spędziło 6 dni w drodze do polskiej granicy, bo na naszej stronie kwitnie korupcja. Zawsze tak było, ale teraz jest wojna! Myślałam, że będzie inaczej… jest jeszcze gorzej – płacze.
17-letnia Alona mieszkała w Kijowie. – Studiowała tam medycynę. Jej rodzice mieszkają na Krymie. Moja córka w Niemczech zobaczyła jej wpis na Instagramie. Napisała: „U nas wojna. Boję się. Jestem sama. Nie wiem, co robić”. 10 lat jej nie widziałam – opowiada. Bez wahania zaoferowała pomoc: „Przyjeżdżaj do nas!”. Alona wyjechała ze znajomym już pierwszego dnia wojny.
Później dwukrotnie zmieniała transport. – Niczego nie zabrała. Komórkę, ładowarkę, trochę pieniędzy i dokumenty. Nic więcej. Nawet wody – podkreśla pani Tatiana.
„Polski nauczyciel” ma pierwszeństwo
Po 25 km kierowca oznajmił jej: „Nie wiem, czy pojadę do granicy polskiej czy rumuńskiej. Muszę cię zostawić”. Była noc. W hotelu spotkała kobietę z Ukrainy, która jak się okazało, czekała na siostrę. Poprosiła ją, by zabrała po drodze siostrzenicę pani Tatiany.
– Pokonywali 20 metrów w ciągu godziny. A co pół godziny przejeżdżały duże drogie samochody. W ciągu 20 minut przejechało ich nawet 30 – relacjonuje.
Ukraińcy, którzy wymieniają się informacjami, potwierdzają proceder. Nie mają wątpliwości – to zorganizowana akcja.
– W mundurach nic nie biorą. Cywilni ludzie podchodzą i proponują ominięcie kolejki za 800 euro. A kto ma teraz tyle pieniędzy? – pyta. – Mówili mi, że chętnych zabierała karetka. Za nią jechały samochody. Ambulans podwoził grupę do granicy. A później przesiadała się do samochodów z tyłu – opisuje pani Tatiana. Przyjechała z Niemiec do Rzeszowa, gdzie czekała na córkę swojego kuzyna. – To dziecko spędziło 6 dni w drodze do polskiej granicy, bo na naszej stronie kwitnie korupcja. Zawsze tak było, ale teraz jest wojna! Myślałam, że będzie inaczej… jest jeszcze gorzej – płacze. Na dowód pokazuje nam filmiki. Widać na nich, jak kilka samochodów omija sznur aut.
Kobieta, z którą zabrała się Alona, ruszyła za nimi. – Strażnicy przepuścili wszystkich. A ją zatrzymali: „Dajcie bilet z numerem” – zażądali. „Jakim numerem?” – zapytała. „Tamten kierowca miał kwitek” – powiedzieli. „Ale on nawet okna nie otworzył. Jak pan sprawdził ten numer?!” Na co skwitował, że był nauczycielem z Polski – opowiada pani Tatiana. Musiały zawrócić.
– Zawsze tak było. Kiedy wyjeżdżałam z Ukrainy, ja – zwykły człowiek – stałam w kolejce, przepuszczałam kobiety z dziećmi. A lexusy, mercedesy, warte tyle, co mój dom, jechały bez kolejki. Ale teraz jest wojna! Myślałam, że będzie inaczej, a jest jeszcze gorzej. Mamy z dziećmi powinny mieć osobną kolejkę. Przecież dziecko to nie terrorysta! – nie może powstrzymać złości.
Po polskiej stronie są namioty z jedzeniem, ciepłą wodą, mamy mogą zmienić dzieciom pieluchy. – Po ukraińskiej muszą to robić w samochodzie. A co jeśli stoją pod gołym niebem? Jest mróz, pada śnieg… Pampersy im się przyklejają do ciała, bo są brudne. Dzieci mają odparzenia, rany… – płacze.
Jej znajoma też przeżyła tę koszmarną podróż. – Dwie doby była w samochodzie. Miała do granicy 5 km. Ludzie pukali do jej okien błagając: „Daj mi mleka dla dziecka”, „Daj mi wody.” nie wytrzymała tego psychicznie i pojechała z powrotem na wojnę – relacjonuje pani Tatiana. – Nikt nie zwraca uwagi, czy ktoś ma roczne dziecko, czy jest w ciąży.
Córka jej znajomej była świadkiem, jak kobieta na przejściu granicznym straciła przytomność. – Była z malutkim dzieckiem i mężem. Córka koleżanki, która już przeszła na polską stronę, mówiła: „Studiuję medycynę, mogę pomóc!” A strażnicy ją odsunęli: „Stój tu! Nie masz prawa wracać”. Prosiła, chciała zrobić masaż serca. Nie było karetki. Ten mąż robił jej masaż serca, a dziecko na to patrzyło – nie może ukryć łez. Nie wie, czy udało się ją uratować.
Na szczęście, pomoc humanitarna z Polski dotarła już na drugą stronę granicy. I rozdaje czekającym najpotrzebniejsze. – Ale potrzeba miejsc, gdzie matki mogłyby umyć dzieci w ciepłej wodzie. Na mrozie nie mogą zmieniać pieluch – powtarza.
Tak nie może być!
Kilka godzin po naszej rozmowie Alona przekroczyła granicę w Medyce. W ciągu godziny pokonała „aż” 4,5 km. Zdaniem pani Tatiany, to dlatego, że zagroziła nagłośnieniem problemu. – Powiedziałam, że poinformuję telewizję, prasę i pojadę spojrzeć tym strażnikom w oczy. Nie boję się. Ja tu przez 6 dni płakałam, krzyczałam, wyklinałam. Tak nie może być! – podkreśla.
Dotarła nad ranem. Mogłabym już jechać do domu i o tym zapomnieć, bo moje dziecko jest już bezpieczne. Ale to nie chodzi o moją dziewczynkę! To chodzi o wszystkie dzieci! – przekonuje.
Żeby tu dotrzeć, zostawiła w Niemczech pracę. – Powiedziałam: „Przepraszam, ale muszę jechać”. Od razu się zgodzili. Polacy pomogli. A nasi co robią?
– pyta. Dodaje, że nie wszyscy Ukraińcy wykorzystują uchodźców. – Prości ludzie częstują zupą i pierogami, zapraszają do domów, żeby podładować telefon.
Jak każdy dziś, największym szacunkiem darzy jednak Wołodymyra Zełenskiego. – Nasz prezydent to bohater, a Putin to wstyd i hańba dla wszystkich!
(Na prośbę pani Tatiany zmieniliśmy imię jej 17-letniej krewnej).
Wioletta Kruk



4 Responses to "Za Łapówkę omijają kolejkę po stronie ukraińskiej"