Żadna góra nie jest warta utraty życia

Kilka minut po zdobyciu Kilimandżaro. Fot. Archiwum prywatne

– Wiadomość o śmierci Olka Doby na Kilimandżaro wstrząsnęła mną i przeraziła, ale też spowodowała wiele telefonów od znajomych – przyznaje pochodzący z Podkarpacia podróżnik i himalaista Piotr Śliwiński. – Otrzymywałem wyrazy współczucia z powodu straty przyjaciela oraz dużo pytań o okoliczności tragedii. Ja także, tak jak Olek, poprosiłem na szczycie o kilka minut odpoczynku do zrobienia zdjęć…

Piotr Śliwiński. Podróżnik i himalaista. Absolwent Liceum Ogólnokształcącego w Lesku i Politechniki Krakowskiej. Od ponad dekady raz w roku odbywa wyprawę dookoła świata i raz w roku wspina się na jeden szczyt z Korony Ziemi. Dwa lata temu podczas swojej 12. wyprawy wspiął się na Mount Everest, zdobywając swój ósmy szczyt. 10 lat temu, 26 stycznia 2011 roku, o godz. 6.30 wspiął się na dach Afryki, słynną górę Kilimandżaro 5895 m n.p.m. Miał wtedy 28 lat.
– Wyjazd organizowałem na własną rękę, będąc już w podróży. Do Afryki dotarłem wcześniej – wspomina Piotr Śliwiński. – Dla mnie początkiem było odebranie czwórki przyjaciół z Londynu na lotnisku w stolicy Kenii, lądowy transport do Tanzanii, kilka dni przygotowań u podnóża góry w mieście Moschi i znalezienie przewodnika z uprawnieniami do wprowadzenia grupy na teren Parku Narodowego. Z Jackiem Jaśniewskim, z którym realizuję projekt Korony Ziemi, wybraliśmy trudniejszą z dróg do wejścia, czyli „Machameroute”. Potocznie mówiąc, „whisky route” zamiast łatwiejszej drogi „coca cola route”.

6 dni i 100 km do przejścia

Trasa zaplanowana była na 6 dni i około 100 kilometrów do przejścia…
– Pierwszego dnia wspinaczki miałem objawy malarii. Byłem przestraszony, bo dzień wcześniej w tanim hotelu nie było moskitier zabezpieczających i ugryzł mnie w nocy duży komar – opowiada Piotr Śliwiński. – Sam zdecydowałem, że nie będę zażywał zapobiegawczo w Afryce malaronu, czyli lekarstwa na malarię. Na szczęście po jednym ciężkim dniu i wysokiej gorączce wszystko samo mi przeszło. Następne dni stopniowo przemieszczamy się wyżej, aklimatyzując nasze organizmy. Nie czuliśmy się komfortowo i powyżej 4000 m n.p.m. każdy z nas odczuwał zmęczenie i negatywny wpływ wysokości na organizm. Ból głowy nie do wytrzymania, wymioty, biegunka, brak apetytu, krew z nosa … każdy miał inne objawy. Wieczorem rozbiliśmy ostatni obóz pod szczytem afrykańskiego lodowca Barafu Camp na wysokości 4550 m. n.p.m. skąd mieliśmy przeprowadzić atak szczytowy. Czułem się źle z powodu dużej wysokości i zbyt szybkiego tempa wspinaczki oraz słabej aklimatyzacji. Na takiej wysokości wcześniej w życiu byłem tylko raz, zdobywając najwyższy szczyt Europy. Gdybym przyzwyczajał organizm wcześniej do dużych wysokości, to prawdopodobnie wstępne objawy choroby wysokościowej przechodziłbym łagodniej. Nie mieliśmy ze sobą zapasowego tlenu dla zabezpieczenia i z tego co widziałem, to inne grupy też go nie posiadały. Mieliśmy tylko awaryjnie własne lekarstwa i umieliśmy je używać. Wiedziałem, że działają z wielogodzinnym opóźnieniem i powinno się je zażyć z wyprzedzeniem. Pomimo że większość naszej grupy skorzystała z tej pomocy, to ja podjąłem stanowczą decyzję, że nie skorzystam z tego ułatwienia. Albo wejdę na czubek góry o własnych siłach, lub na nim nie stanę w ogóle i wrócę w przyszłości ponownie. Dodatkowo twierdziłem, że jak już na takiej wysokości będę się ratował jedynymi lekami, jakie mamy, już nic mi nie pozostanie lepszego do pomocy jak będę czuł się jeszcze gorzej podczas ataku szczytowego.

Wyruszyliśmy o godz. 23 z latarkami na głowach

Plan był taki, aby pokonać 1345 metrów wysokości i o wschodzie słońca zdobyć szczyt…
– Taki harmonogram jest przyjęty dla bezpieczeństwa wszystkich grup, żeby każdy zdążył wrócić i zejść ze szczytu przed zachodem słońca – wyjaśnia himalaista. – Nie do zniesienia zimno, wiatr, noc i coraz większy brak tlenu na tej wysokości utrudniały to zadanie. Po kilku godzinach czułem, że siły opadają  głównie z powodu zimna i braku tlenu w organizmie. Po godzinie 3 czułem, że idę jak pijany, zataczając się i co jakiś czas próbując usiąść na skałach. Zatrzymanie się i odpoczynek były niemożliwy. Pogarszałby tylko sytuację, ponieważ dłuższy czas byłem narażony na niedotlenienie. Około godziny 5, po 6 godzinach wykańczającej wspinaczki,  z braku sił spowodowanego brakiem tlenu odmówiłem posłuszeństwa przewodnikowi. Zatrzymaliśmy się na dłuższy odpoczynek, nie zdając sobie sprawy, że narażamy się na dłuższe działanie dużej wysokości. Nie mogłem wstrzymywać naszej grupy.
Piotr Śliwiński pamięta, że zdenerwowany przewodnik zagroził, że jak nie ruszymy do góry, to 200 metrów przed szczytem, gdzie byliśmy, jest skłonny zawrócić…
– To była chyba jedyna motywacja, żeby się nie poddawać i zamiast rezygnować, to ruszyć dalej. Po ciężkiej godzinie trudu dotarliśmy na szczyt o 6.30. Pełni radości i satysfakcji ze zdobycia szczytu uwieczniliśmy sukces aparatem – wspomina podróżnik.

Nie byłem w stanie ustać na nogach

Śliwiński poprosił przewodnika o zrobienie zdjęcia na szczycie, ale był w tak złym stanie z powodu braku tlenu na tej wysokości, że nie mógł utrzymać równowagi i ustać o własnych siłach…
– Nawet jak się oparłem o słupy podtrzymujące tablice, to mogłem co najwyżej unieść się do pozycji klęczącej na kilka sekund do wykonania zdjęcia. Wyżej nie mogłem się podnieść, czułem bezradność i osłabienie – nie kryje Piotr Śliwiński, wspominając chwilę zdobycia Kilimandżaro. – Mieliśmy zaledwie kilka minut na nacieszenie się cudownym widokiem na lodowiec, wulkan i całą Afrykę z najwyższego punktu kontynentu. W oddali wyłaniał się zza horyzontu szczyt wulkanu Mount Meru. Niestety tymi widokami mogłem się nacieszyć tyko ze zdjęć, bo w mojej głowie odbywała się wielka walka z chorobą wysokościową i próby przeżycia tych trudnych chwil.

Powywracało nam się w głowach

Pośpiech zejścia grupy wynikał z troski o zdrowie i życie…
– Brak tlenu na wysokości prawie sześciu kilometrów spowodował, że powywracało nam się w głowach i każdy miał inną koncepcję zejścia. Moja koncepcja zejścia była, jak się okazało, najgorsza, bo jej w ogóle nie było – przyznaje himalaista. – Uparłem się, że zostanę na szczycie dłużej, bo chcę fotografować i nie po to szedłem 6 dni i około 100 km, żeby po kilku minutach schodzić na dół. Ale to mogła być tylko wymówka, bo czułem, że nie mam siły schodzić i chciałem odpoczywać na szczycie. Nasza grupa miała trzech przewodników i jeden z nich w tej sytuacji został ze mną. Na skutki mojej bezradności i opadu sił nie trzeba było czekać długo. Z braku tlenu mój obrzęk mózgu postępował, co się objawiło natychmiastowym zanikiem pamięci o mojej przeszłości i wiedzy, ale z zachowaniem świadomości o czasie teraźniejszym i logicznym myśleniem. Świadomie próbowałem wykonać zaledwie kilka zdjęć, na dodatek krzywo i na siedząco. Nie miałem już siły stać i na pytanie przewodnika dlaczego fotografuję na siedząco próbowałem mu logicznie i świadomie wytłumaczyć, że na siedząco lepiej zdjęcia wychodzą. Nie wiem dlaczego, ale stwarzałem pozory, że panuję nad sytuacją i nie chciałem się przyznać, że coś się dzieje ze mną niedobrego. Zamierzałem sam sobie dzielnie z tym problemem poradzić, bo nie zdawałem sobie sprawy, z jak poważnym zjawiskiem mam do czynienia, a zanik pamięci szybko postępował. Chwilę później, jak utraciłem pamięć, to nie wiedziałem, gdzie jest przód aparatu i który guzik jest spustem migawki. Tak się przestraszyłem tego zjawiska, że zacząłem obracać aparat w różnych kierunkach i naciskać wszystkie możliwe przyciski, by wykonać jakiekolwiek zdjęcie na pamiątkę. Aparat się rozładował najprawdopodobniej z powodu zimna lub nie potrafiłem go włączyć, co zauważył przewodnik. Zapomniałem również, jak zmienia się baterie.

Kim jestem? Jak się nazywam?

To, co wydarzyło się wtedy z Piotrem Śliwińskim na szczycie Kilimandżaro powinno być przestrogą dla wszystkich, którzy uważają, że zdobycie tego szczytu nie jest trudne…
– Nie wiedziałem kim jestem, jak się nazywam, gdzie jestem i w jakim celu tam przyszedłem. Zastanawiałem się, na jakiej jestem planecie. Czy byłem jeszcze na Ziemi? Przypominałem sobie nazwy planet i jak one wyglądają. Brałem również pod uwagę księżyc, bo porównywałem w głowie to, co tam widziałem ze skałami i kraterami znanymi mi ze zdjęć księżycowych. Widok i panorama, które się rozciągały, były czymś kompletnie nowym dla mojej świadomości, ponieważ wchodziliśmy nocą i nie widziałem tego krajobrazu nigdy wcześniej. Najbardziej zadziwiła mnie i zaskoczyła reakcja mojego mózgu, że pamiętałem i do tej pory pamiętam dokładnie, co się działo w tamtym czasie, natomiast kompletnie utraciłem pamięć i wiedzę o przeszłości – wyznaje Piotr Śliwiński. – Z późniejszych relacji przewodnika wynika, że nieświadomy tego błąkałem się po szczycie chcąc robić zdjęcia, ale nie potrafiłem uruchomić aparatu. Na każdą siłową próbę sprowadzenia mnie przez niskiego afrykańskiego przewodnika wstępowała we mnie siła pochodząca z adrenaliny i chęć walki o życie, więc walczyłem z nim fizycznie. Nie poznawałem jego twarzy i w krótkim czasie stał się dla mnie obcym człowiekiem, znikł z mojej pamięci i miałem wrażenie, że widzę go pierwszy raz w życiu. Ponieważ nie potrafił sobie ze mną poradzić, poprosił dwóch innych tanzańskich przewodników z niemieckiej grupy o pomoc. Z wielkim trudem usiłowali ściągnąć mnie w trzech na dół i posuwaliśmy się zaledwie po kilka metrów. Stawiałem skuteczny opór, a oni byli niżsi ode mnie o ponad głowę i nie mogli sobie ze mną poradzić. Nie rozumiałem, co się dzieje i byłem przekonany, że chcą mnie uprowadzić i okraść, a na końcu zabić. Krzyczałem do innych osób, wzywając pomocy, żeby mnie uratowali od bandytów, którzy mnie atakują. Żebym się nie odwodnił, to próbowali mnie ratować, nalewając na siłę wodę do ust. Wszystko wypluwałem i krzyczałem, że to jest trucizna i mnie chcą otruć. 

Sytuację uratowali dwaj Niemcy

Zauważyli, co się dzieje z himalaistą, skutecznie okłamali go, mówiąc, że są z jego obozu i muszą już schodzić…
– Ponieważ w wyniku silnie ograniczonej świadomości nie pamiętałem, kto naprawdę jest z mojego obozu popatrzyłem po kolorze skóry. Zauważyłem, że ci, co używają siły mają inną karnację skóry rąk i uznałem, że nie mogę im zaufać. Z drugiej strony, panowie mówiący, że jesteśmy z tego samego obozu byli mili, grzeczni i mieli kolor skóry rąk taki sam jak ja, więc chyba rzeczywiście byli z mojego obozu. Przekonany o tym posłusznie udałem się za nimi
– opowiada Piotr Śliwiński. – Zapytałem ich jeszcze z jakiego kraju pochodzą. Ale informacja, że są z Niemiec mi nie pomogła, ponieważ też nie pamiętałem, z jakiego kraju ja pochodzę. Ten fakt jeszcze bardziej mnie przeraził, ale nie dałem tego po sobie poznać. Pamiętam jeszcze, że zastanawiała mnie bardzo flaga w ich plecaku – żółty lew na zielonym tle. Zapytałem więc kontrolnie czy to jest flaga ich kraju. Jak potwierdzili, to zdałem sobie sprawę, że flagi Niemiec też już nie potrafię określić. Rozmawiałem po angielsku i słowa znałem, ale inna wiedza niespodziewanie wyparowała z umysłu, więc się poddałem i uwierzyłem, że są oni moimi przyjaciółmi, co pomogło mi grzecznie schodzić na dół, na bezpieczną wysokość. Z czasem opadłem jeszcze bardziej z sił, grzecznie maszerowałem i nie miałem już ochoty walczyć z tanzańskimi przewodnikami, którzy mnie przejęli z rąk pomocnych Niemców. Sprawdzałem tylko, czy znajdują się w pobliżu.

Wdzięczny za uratowanie życia

Po sprowadzeniu do obozu himalaista dochodził do siebie około 24 godzin…
– Jeszcze kilka dni chodziłem otępiały i zastanawiałem się, czy naprawdę już wszystko mi się przypomniało co przeżyłem, wiedziałem i pamiętałem w ciągu swoich 28 lat życia. Przez kilka tygodni po tym fakcie zdarzało mi się że coś mi wyparowało z głowy i nie byłem pewny czy wszystko wskoczyło na właściwe miejsce. Po około miesiącu naprawdę poczułem, że już wszystko jest jak należy. Wiem, że tą osobistą historią nie mógłbym się podzielić, gdyby nie dzielny przewodnik Ayubu, który uratował mi życie, za co jestem mu wdzięczny. Po zejściu okrzyknięto go bohaterem, bo wiadomość o walce, jaką musiał ze mną stoczyć o moje życie w przenośni i dosłownie, szybko rozniosła się po obozie.
Mówią, że to łatwa góra
– Często słyszę od osób, które tam były, a nawet od tych, którzy tam nie byli, że to łatwa góra, a wejście na nią nazywają nawet „spacerkiem”. Takie lekceważące upraszczanie może wprowadzać w błąd i zachęcać ludzi nieprzygotowanych lub z małym doświadczeniem do porwania się na przygodę, która może ich przerastać – ostrzega Piotr Śliwiński. – Góra faktycznie nie jest technicznie trudna do zdobycia, nie ma potrzeby używania raków, czekanów, lin, kasków, uprzęży, ale może być niebezpieczna i proszę jej nie lekceważyć w przygotowaniach. Uważam, że największym zagrożeniem dla życia i zdrowia jest ryzyko wystąpienia na niej choroby wysokościowej i obrzęku mózgu u osób, które wcześniej nie miały do czynienia z dużą wysokością. To jest największą pułapką. Opisuję swoją przygodę, którą afrykańska góra pozwoliła mi wynieść oraz ujść z życiem, może właśnie po to, by móc podzielić się z innymi ku przestrodze i zachowywać większe środki bezpieczeństwa. Często zapomina się o tym, że za sukcesami zdobywania pięknych szczytów stoją tragiczne i traumatyczne historie, którymi zdobywcy nie zawsze się chwalą i zostawiają je dla siebie.

Wiele historii pozostanie tajemnicą
– Wiele historii ludzkich pozostanie tam w górze tajemnicą. Na zawsze. Nigdy nie dowiemy się prawdy, bo tak chce góra lub tak chcą ludzie. Dlatego, sądzę że dyskusje na dole o tym, co tam wysoko się wydarzyło, są naprawdę zbędne, niepotrzebnie dzielą i polaryzują ludzi – przyznaje Śliwiński. – Znam wielu, którzy zdobyli już szczyt Kilimandżaro oraz wybierających się tam. Dlatego dzielę się moją historią ku przestrodze, żeby nie lekceważyć tej góry i zachować ostrożność. Myślę, że jak już doszło do tragedii, w której zginął wspaniały podróżnik i przyjaciel, czasu nie cofniemy. Uszanujmy decyzje, jakie podejmował Olek. W górach i w podróżach też podejmowałem wiele własnych ryzykownych decyzji, licząc się z najgorszymi konsekwencjami. Były to dla mnie niezwykle trudne doświadczenia, ale dzięki nim zrozumiałem, czym jest choroba wysokościowa, jakie są objawy, jak im przeciwdziałać. Te doświadczenia pomogły mi zdobyć inne lodowce oraz Mount Everest, ale co ważniejsze bezpiecznie i żywym z nich wrócić bez uszczerbku na zdrowiu, a nawet uratować życie innym ludziom. Żadna góra i przygoda nie jest warta utraty zdrowia, a co dopiero życia. Zachęcam do podejmowania ryzyka tylko i wyłącznie z zachowaniem szczególnych środków bezpieczeństwa i dużej rozwagi.

Małgorzata Rokoszewska

2 Responses to "Żadna góra nie jest warta utraty życia"

Leave a Reply

Your email address will not be published.