Zakładałem „dechy”, bo iskry leciały

Mariusz Kukiełka ma 38 lat, za sobą występy w Siarce Tarnobrzeg, GKS Bełchatów, Amice Wronki, Wiśle Kraków oraz klubach z Niemiec (FC Nurnberg, Dynamo Drezno, Energie Cottbus, Viktoria Koeln), Holandii (Roda Kerkrade) i Grecji (PAOK Saloniki, Skoda Xanthi). W latach 1997-2004 rozegrał 20 spotkań w reprezentacji Polski, strzelił 3 gole. Fot. Paweł Bialic
Mariusz Kukiełka ma 38 lat, za sobą występy w Siarce Tarnobrzeg, GKS Bełchatów, Amice Wronki, Wiśle Kraków oraz klubach z Niemiec (FC Nurnberg, Dynamo Drezno, Energie Cottbus, Viktoria Koeln), Holandii (Roda Kerkrade) i Grecji (PAOK Saloniki, Skoda Xanthi). W latach 1997-2004 rozegrał 20 spotkań w reprezentacji Polski, strzelił 3 gole. Fot. Paweł Bialic

PIŁKA NOŻNA. Wychowanek Siarki Tarnobrzeg, Mariusz Kukiełka, o szoku, jakiego doświadczył po pierwszym wyjeździe za granicę, podbijaniu Bundesligi i kontuzji, przez którą nie wystąpił na mundialu.

Mariusz Kukiełka gościł podczas halowego turnieju Admin Cup w Nowej Sarzynie. Były reprezentant Polski brylował na parkiecie oraz włączył się do akcji zbierania pieniędzy na leczenie 3-letniej dziewczynki cierpiącej na rzadką genetycznie chorobę. Wychowanek Siarki przeznaczył na licytację koszulki Eintrachtu Frankfurt i Energie Cottbus.

– Miło widzieć pana w dobrej formie.
– Dziękuję. Nie bez powodu monitoruje swój organizm. Lada dzień powinienem podpisać umowę z pewnym klubem. Jakim? Tego jeszcze nie zdradzę. Zagram jednak w drugiej albo trzeciej lidze. Na Podkarpaciu, ewentualnie w województwie świętokrzyskim.

– Co pana pcha na boisko? Ambicja?
– Nie jestem stary ani wypalony (Kukiełka urodził się w 1976 roku – red.), a ambitny byłem zawsze. Wróciłem do Tarnobrzega, by na koniec kariery pograć w swojej ukochanej Siarce. Nie dane mi było, ale cóż…. Nie rozpaczam. Takie życie. Musiałem szukać innego klubu.

– Latem podczas meczu Pucharu Polski Siarka – Lechia Gdańsk rozmawiałem z kapitanem gości Jarosławem Bieniukiem. Dziwił się, że Siarka nie chciała skorzystać z pańskiego doświadczenia.
– Jarek to przyjaciel, wspólnie przeżyliśmy piękne chwile w Amice Wronki. Nie zna jednak tarnobrzeskich realiów.

– Tak czy owak, najlepsze lata za panem. Gdy spogląda pan w lustro, z czystym sumieniem może pan powiedzieć: swoją karierę wykorzystałem do maksimum. Więcej wycisnąć się nie dało?
– Czy mogłem osiągnąć więcej? Nie mnie to oceniać. Generalnie jestem zadowolony i mam nadzieję, że syn będzie ze mnie dumny. Nie każdy miał okazję grać w silnych europejskich ligach i w reprezentacji kraju.

– Pańska kariera to więcej talent czy jednak praca?
– Do specjalnie utalentowanych nie należałem. Wszystko musiałem poprzeć harówką. Chciałem grać, więc musiałem nad sobą pracować. Byłem tego świadomy.

– Wspomniał pan, że ukształtował pana pierwszy zagraniczny wyjazd.
– W połowie lat 90. trafiłem do Rody Kerkrade. Holandii nie podbiłem, ale nauczyłem się tam, co oznacza profesjonalny futbol. Jak wygląda podejście zawodników do swojej pracy. Co wolno, a czego nie. Dieta, odnowa biologiczna, wypoczynek – szereg podstawowych zagadnień, które w polskiej lidze nie obowiązywały. W Rodzie doświadczyłem, że mecz to nagroda za litry potu wylane na treningach. Zetknąłem się tam ze świetnymi szkoleniowcami. Najpierw był to Huub Stevens, potem Martin Jol.

– Wrócił pan do Polski jako inny zawodnik?
– Oczywiście. Trafiłem do Amiki Wronki pod skrzydła Stefana Majewskiego. Bardzo szanuję tego trenera. Był pierwszym, który w Polsce pracował przy pomocy laptopa. Ludzie ironicznie pukali się w czoło, ale czas pokazał, że Majewski miał rację. Dziś ciężko znaleźć szkoleniowca, który nie korzystałby z dobrodziejstw techniki. W Polsce piłkarz wciąż znajduje się pod kloszem. W czwartek i piątek ćwiczenia są lekkie, bo w weekend jest mecz i nie wolno się przemęczać. W Kerkrade na każdą pozycję było 2-3 równorzędnych zawodników. Na każdy trening zakładało się „dechy”, bo iskry leciały!

– Amica Wronki przywołuje najpiękniejsze wspomnienia?
– O mistrza nie graliśmy, Wisła i Legia były nie do ugryzienia. Ale po Puchar i Superpuchar Polski sięgnęliśmy, graliśmy w Europie. Mieliśmy fajną pakę: Jarek Bieniuk, Paweł Kryszałowicz, Tomek Dawidowski, Tomek Sokołowski, Grzesiek Król.

– Potem były PAOK Saloniki, Norymberga, Wisła Kraków i Dynamo Drezno, ale dopiero w Cottbus zaczął pan rządzić i dzielić.
– To najlepszy okres w mojej karierze. Trzy lata regularnej gry w Bundeslidze. Nie każdy zawodnik miał okazję tego doświadczyć.

– Klub z Chociebuża to jednak peryferie wielkiej piłki. Była szansa na sportowy awans?
– Owszem. W 2009 roku miałem oferty z Eintrachtu Frankfurt i Szachtara Donieck. W wyjeździe przeszkodziła mi, niestety, kontuzja.

– Żałuje pan?
– Nie lubię gdybać. Nigdy nie dowiemy się, co by się stało, gdybym podpisał umowę. Jest jednak coś, czego mi brakuje: wyjazdu na mundial. W styczniu 2002 roku naderwałem wiązadła, nie zdążyłem się wyleczyć i do Korei nie poleciałem. Szkoda, bo do tego momentu byłem regularnie powoływany przez selekcjonera.

– Co pan powie o polskiej ekstraklasie?
– Opakowana jest perfekcyjnie, ale jakości brakuje. Nie potrafię zrozumieć trenerów i piłkarzy, którzy płaczą, że muszą grać co trzy dni. To ja się pytam: w jaki sposób mamy się rozwijać?

Rozmawiał Tomasz Szeliga

Leave a Reply

Your email address will not be published.