
RZESZÓW. Ratownicy medyczni zostali okłamani przez rodzinę pacjenta i…
Tomasz Micek i Grzegorz Menet są ratownikami medycznymi, pracują w Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Rzeszowie. Po wtorkowym dyżurze nie wrócili do domów, nie uściskali dzieci i żon. Trafili do izolacji w oczekiwaniu na wyniki testu na obecność koronawirusa u pacjenta, do którego tamtego dnia zostali wysłani. Jego rodzina zataiła przed nimi objawy, które mogły sugerować zakażenie koronawirusem. Wyniki poznali w czwartek.
– Jeżeli będzie pozytywny, będzie ryzyko że i my możemy być zakażeni. Zostaniemy na kwarantannie i sami przejdziemy badania. Jeżeli negatywny, wrócimy do naszych rodzin, a potem do pracy – mówili Super Nowościom w środę, gdy jeszcze nie wiedzieli, co czeka ich dalej. – Staramy się być dobrej myśli, ale jest niepokój.
Gorączkował od miesiąca
To miał być „zwykły” wyjazd do pacjenta. Na karcie wyjazdowej – „COVID-19 ujemny”, czyli bez zagrożenia koronawirusem. – Tak wynikało z wywiadu medycznego, który dyspozytor zebrał od rodziny pacjenta – opowiadają nam Tomasz i Grzegorz. – Na wszystkie pytania, w tym o gorączkę, mogące sugerować zakażenie, odpowiedzieli przecząco. To samo zrobili na miejscu, gdy po przybyciu zadaliśmy je im ponownie – dodają. Prawda wyszła na jaw dopiero w trakcie badania. – I tylko dlatego, że zaczęliśmy zadawać mnóstwo podchwytliwych pytań – mówi Grzegorz. – W końcu okazało się, że pacjent od miesiąca jest na antybiotykach i od miesiąca gorączkuje, a temperatura nie spada pomimo leków. Wtedy usłyszeliśmy od jego najbliższych „nie sądziliśmy, że to może być istotne”. A było! – To dla nas zawsze ważna informacja, nawet jeżeli ktoś gorączkował 2 tygodnie temu – przyznaje Tomasz. Niestety, od czasu ich przyjazdu do momentu, w którym dowiedzieli się prawdy, zdążyło upłynąć około pół godziny. – Jedyne, co mogliśmy zrobić w tej sytuacji, to szybko się zdezynfekować i ubrać specjalne kombinezony, bo wiedzieliśmy, że czekają nas kolejne godziny z pacjentem, najpierw w karetce, a następnie w szpitalu – dodaje Tomasz.
Tata nie wróci do domu
Potem były telefony do rodziny: „Kochanie muszę zostać, nie wiem czy pacjent nie miał koronawirusa, ucałuj dzieciaki”. Grzegorz jest ojcem dwójki – niespełna 5-latka i 1,5-rocznego maluszka. Córeczka Tomasza w maju skończy dwa latka, drugie maleństwo jest w drodze – jego żona jest w drugim trymestrze ciąży. – Najbliżsi zdają sobie sprawę z tego, że nasza praca niesie za sobą duże ryzyko, szczególnie w obecnej sytuacji. Że może przyjść taki dzień, że nie wrócimy z dyżuru – przyznają ratownicy. – Ale jak wytłumaczyć dzieciom, że tata nie przyjedzie do domu? A wrócić nie może, bo nie wiadomo, czy jego pacjent był chory czy nie i czy teraz on ich wszystkich nie pozaraża…
W oczekiwaniu na wynik testu trafili do izolacji, mieszkanie udostępniła im Wojewódzka Stacja Pogotowia Ratunkowego w Rzeszowie. – Pani koordynatorka, która przekazywała nam klucze, zostawiła chleb, napoje, inne produkty spożywcze. Koledzy z pracy dowieźli zakupy i rzeczy osobiste, które zostawiliśmy „w bazie”, pozostawiając je oczywiście w bezpiecznej odległości, bez kontaktu z nami. Cały czas ktoś dzwoni i pyta, jak się czujemy, czy czegoś nam nie potrzeba kupić albo załatwić. Czujemy wsparcie, jesteśmy bardzo wdzięczni. I czekamy… – relacjonowali nam Tomasz i Grzegorz.
Dobre wieści nadeszły w czwartek. – Właśnie otrzymaliśmy informację, że wynik testu pacjenta okazał się negatywny. Ogromna ulga – usłyszeliśmy od nich nad ranem – Prosimy, nie kłamcie tych, którzy was ratują. Nie skazujcie nas na rozłąkę z najbliższymi i długie oczekiwanie w niepewności.
Katarzyna Szczyrek



11 Responses to "Zamiast wrócić do domu, trafili do izolacji"