Zarzynali klęczących nad dołami śmierci

Dziś na miejscu mrocznej kaźni znajduje się wymowny pomnik. Fot. Autor

Co czwartek przywożono ich do lasu w Turzy, koło Sokołowa Małopolskiego. Rozebrani do bielizny klękali nad wykopem, czekając na śmierć. „Szczęściarze” ginęli od razu od strzału w tył głowy. Większość jednak zarzynano nożem. Tak setkom, może tysiącom żołnierzy Armii Krajowej „podziękowano” za walkę z niemieckim okupantem.

Gęsty las rosnący w okolicach Turzy to miejsce, które od ponad pół wieku skrywa mroczną tajemnicę. W sierpniu 1944 roku wkroczyła na te tereny Armia Czerwona. NKWD wybudowała łagier dla polskich jeńców w Trzebusce. Obóz otoczono trzema ogrodzeniami: dwoma z drutu kolczastego i jednym z drewnianych bali. Jak wspominają świadkowie, więźniów trzymano tam w nieludzkich warunkach. Zamknięci ludzie mogli tylko marzyć o świetle dziennym czy sanitariatach. Jedyną „rozrywką” był krótki spacer w nocy…

Krew niewinnych na rękach

Tuż przy bramie wjazdowej do obozu był rodzinny dom pana Floriana Rumaka. Rozmawialiśmy z nim o tym w listopadzie 2005 r.: – Ziemianki w liczbie pięciu położone były na podmokłym i niskim terenie. Gnieździło się w nich po ok. 25 osób. Gdy zbierała się tam woda, więźniowie byli zmuszeni spać na żerdziach. Jak kury – mówił.

Według relacji pana Rumaka, niektórzy z ważniejszych polskich oficerów nocowali w domu jego rodziców. – Był wśród nich też gen. Władysław Filipowski. Szczupły, spał przykryty żołnierskim płaszczem. Później wraz z innymi lwowskimi AK-owcami wywieźli go do Kozielska – wspominał pan Florian – Potem słuch po nich zaginął.

Kolejną osobą, od której usłyszeliśmy o kaźni w Turzy, jest sąsiad pana Rumaka, Kazimierz Chorzępa. – Mój ojciec był wówczas muzykiem. Sowieci często zapraszali go na swe libacje, by im przygrywał – opowiadał we wrześniu 2005 r. – Po każdej „egzekucji” wódka lała się strumieniami, a oprawcy wyrzucali z siebie cały brud. Ze łzami w oczach mówili, że mają na rękach krew niewinnych. Gdy trzeźwieli, rozpacz mijała – dodał.

Napisać, że sposób mordowania polskich jeńców był okrutny, to nic nie napisać: – Żołnierzy AK zabijano strzałem w tył głowy, albo po prostu zarzynano nożem – twierdzi dr Bartosz Walicki, historyk z Sokołowa Małopolskiego. – O ile w Katyniu oficerów mordowano w mundurach, to tutaj byli pozbawiani życia w samej tylko bieliźnie. Niszczono wszystko wszystkie ubrania i dokumenty, które mogłyby pomóc w zidentyfikowaniu zwłok. Okazało się to bardzo skuteczne. Ta zbrodnia do dziś nie została wyjaśniona – zaznacza.

Franciszek Bełz z Nienadówki miał 12 lat, gdy do pobliskich lasów zdążał sznur ciężarówek. Do tej pory milczał, ale jak sam twierdzi, od zawsze gryzło go sumienie. Już dawno chciał wreszcie komuś wskazać miejsca egzekucji.

– Powszechnie mówi się o ludobójstwie w Turzy, a ja jestem przekonany, że większość mogił znajduje się w Nienadówce. Co najmniej raz w tygodniu, wieczorem samochód z nadbudowaną budą z desek, wywoził więźniów w stronę bagien, do tzw. cypla. Pewnego razu jak to mały chłopiec zacząłem za nim biec. Jeden z Sowietów karabinem pokazał mi, żebym się zatrzymał – wspominał w rozmowie z nami w listopadzie 2005 r.

Nastolatek wystraszony wrócił do domu, ale nie dał za wygraną. – Niedługo potem, po świeżych śladach samochodu doszedłem do cypla. Jest tam co najmniej 5 zbiorowych mogił. Zarys tych miejsc najlepiej widać na wiosnę, kiedy jeszcze nie ma trawy – zaznaczył pan Franciszek.

Tajna ekshumacja

W listopadzie 1944 r., miesiąc po zlikwidowaniu łagru w Trzebustce, grupa miejscowych partyzantów z ks. Józefem Pelcem na czele, dokonała tajnej ekshumacji. Odkopano ułożone warstwami ciała pomordowanych. Zwłoki miały skrępowane ręce i nogi, a na ich karkach widać było ślady po ciosach nożem. Interwencja sokołowskiej milicji, spowodowała jednak, że sprawa przycichła na prawie cztery dekady. Do 1981 r. Wówczas to rzeszowska „Solidarność” złożyła doniesienie o ludobójstwie w Turzy do Prokuratury Generalnej w Warszawie. Stan wojenny spowodował zawieszenie śledztwa… W latach 1990-94 sprawę badała prokurator Hanna Solarewicz z Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich i Stalinowskich w Rzeszowie.

W 1990 r. udało się jej ustalić tożsamość trzech młodych żołnierzy AK z Ropczyc: Zdzisława Brunowskiego ps. „Cygan”, Zdzisława Łaskawca, ps. „Monter” i Eugeniusza Zymroza, ps. „Macedończyk”. Jednak głównie na skutek braku współpracy ze strony ukraińskiej i rosyjskiej, śledztwo zawieszono. Czy kiedykolwiek zostanie reaktywowane?

– Widziałam dokumentację z podobnego obozu w Borowiczach – mówiła nam prokurator Solarewicz. – Raporty te prowadzone były wręcz z zegarmistrzowską precyzją. Dokładnie odnotowywano w nich, kto i gdzie został pochowany. Jestem przekonana, że i mordy na Sokołowszczyźnie zostały tak samo uwiecznione – przekonywała.

Od potwornej zbrodni w Turzy minęło już 76 lat, sprawa ta nie została zbadana i wyjaśniona. Bezimienne groby w dalszym ciągu wołają o sprawiedliwość. Swoje zdanie na ten temat miał Franciszek Bełz. – Okres powojenny był dla mnie niezwykle trudny. Miejscowi milicjanci brali mnie do lasu, niby to na grzyby, albo na polowanie… Prowokowali. Ale ja milczałem jak grób. Przy egzekucjach musieli być polscy prokuratorzy i milicjanci, którzy być może jeszcze żyją. I stąd właśnie ta zmowa milczenia…

Paweł Galek

3 Responses to "Zarzynali klęczących nad dołami śmierci"

Leave a Reply

Your email address will not be published.