Zastrzyk? Do szpitala proszę

Na całym świecie odchodzi się od leczenia szpitalnego na rzecz opieki ambulatoryjnej, bo to i tańsze (przynajmniej dla płatnika), i mniej stresujące rozwiązanie (na pewno dla pacjenta). O ile jednak na świecie jest tak, to w Polsce nie. My bowiem z uporem maniaka wszystko robimy inaczej, a nawet dokładnie odwrotnie. Przykład? W Polsce mamy zakaz wykonywania iniekcji u dzieci w warunkach ambulatoryjnych (zdecydowała o tym konsultant krajowa ds. pediatrii). Teraz więc wiele dzieci leży w szpitalu nawet 10 dni tylko po to, aby raz dziennie dostać zastrzyk. I wszyscy się do tego stosują, bo pani konsultant pogroziła palcem Każde ominięcie zakazu będzie zgłaszane do rzeczników odpowiedzialności zawodowej w izbach wojewódzkich! Co było celem tak irracjonalnego zarządzenia? Podobno były nawet dwa. Po pierwsze – uniknięcie nadmiernego spożywania antybiotyków, po drugie – zmniejszenie stresu dzieciom. Tak, tak. Uzasadnienie było właśnie takie. Przyjrzyjmy się mu bliżej. Nadużywanie antybiotyków jest oczywiście faktem, Rzecznik Praw Dziecka stwierdził niedawno, że aż co piąty antybiotyk przepisywany jest niepotrzebnie, przez co maleje ich skuteczność w walce z naprawdę groźnymi infekcjami. Szczególnie zagrożone w tym przypadku są oczywiście dzieci, ale… przecież żaden antybiotyk nie jest dostępny bez recepty. Jeżeli dziecko go dostaje, to dostaje go, bo przepisał je lekarz. Nawet jeżeli, jak wybrzmiało w uzasadnieniu, rodzice wymuszają na pediatrach recepty, to chyba nie robą tego przy pomocy rewolweru przystawionego do głowy. Myślę, że jeżeli lekarz uważa, iż dziecku nie jest potrzebny antybiotyk, to potrafi to racjonalnie wytłumaczyć przynajmniej 90 proc. nawet przewrażliwionych rodziców. A stres związany z podawaniem zastrzyku? Oczywiście dzieci i nie tylko one boją się ukłucia, tak jak boją się np. dentysty. Czy to ma jednak znaczyć, że nie będziemy im leczyć zębów albo w celu usunięcia próchnicy, czyli nieprzyjemnego dla nikogo borowania, mamy dawać je do szpitala? Absurd. Tym bardziej, że jestem pewna, iż pobyt w szpitalu jest dla każdego, małego i dużego, większym stresem niż samo ukłucie, trwające zresztą kilka sekund. Przeciwko kierowaniu do szpitala „na zastrzyk” przemawia według mnie jeszcze jeden i to ważny argument. Otóż w szpitalu dziecko może złapać dodatkowo bardzo dużo innych infekcji. Poczynając od wirusa RSV, odpowiedzialnego za ciężkie zapalenia płuc, po zakażenia wirusami grypy, paragrypy, rotawirusami, rhinowirusami i adenowirusami. Niezłe towarzystwo, prawda? A wracając jeszcze do antybiotyków. Teraz większość tych leków jest w syropach, więc jeżeli ktoś lubi przepisywać antybiotyk, a ktoś drugi lubi nimi leczyć dziecko, to nadal będzie to robił. A jako że żaden rodzic nie będzie chciał oddawać dziecka do szpitala, wyżebrze więc dwa różne antybiotyki w syropie. Gdyby jeden nie pomógł, tak na wszelki wypadek, żeby mieć w domu, gdy będzie potrzebny, tak jak teraz płyn Lugola – wykupiony i stoi w apteczce. Gdy ogłoszą alarm, będzie jak znalazł.

Redaktor Anna Moraniec

2 Responses to "Zastrzyk? Do szpitala proszę"

Leave a Reply

Your email address will not be published.