Zboczeniec na Żwirowni, a… policjanci nawet nie wysiedli z radiowozu

Siedzącego przy znaku mężczyznę, który zachowywał się nieobyczajnie na Żwirowni widać było ze ścieżki dla pieszych i rowerzystów. Tamtędy przejeżdżał wezwany patrol policji. Fot. Paweł Dubiel

RZESZÓW. Interwencja policji polegała jedynie na przejażdżce autem w „tę i z powrotem” po ścieżce dla pieszych i rowerzystów.

– Na Żwirowni tuż przy znaku „zakaz pływania” siedzi mężczyzna, który się onanizuje. Są tu dzieci, mnóstwo osób, zareagujcie – taki telefon pod numer 112 wykonałam w niedzielę o godz. 18.35 zszokowana zachowaniem jednego z plażowiczów. Niestety, nie takiej reakcji policji się spodziewałam. Patrol, owszem, pojawił się w końcu na miejscu – po upływie ok. 20 minut i właściwie tylko się pojawił. Bo do „podanego praktycznie na tacy” mężczyzny policjanci nawet nie podeszli.

Niedzielne upalne popołudnie zwabiło na rzeszowską Żwirownię tłumy. Niestety, wśród rodzin z dziećmi, młodzieży i amatorów grillowania pojawił się i mężczyzną, któremu nie chodziło o zwykły relaks nad wodą…. Za molo, tuż przy brzegu, stoi znak „zakaz kąpieli”. – Nieopodal było wolne miejsce, więc usiedliśmy tam ze znajomymi. Kawałek dalej siedziała dwójka młodych ludzi, obok nich rodzina z dziećmi. Przy znaku samotnie siedział mężczyzna w średnim wieku. Zwrócił naszą uwagę, bo bacznie przyglądał się plażowiczom i nam również. W pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę z tego, że mężczyzną onanizuje się. Zbulwersowana jego zachowaniem zadzwoniłam na numer alarmowy z prośbą o interwencję. Przedstawiłam się, wskazałam dokładne miejsce, gdzie znajduje się mężczyzna i określiłam mniej więcej jego wiek. Operatorowi numerów alarmowych wyświetlił się też numer, z którego dzwoniłam, więc policjanci, gdyby potrzebowali, bez problemu mogliby się ze mną skontaktować.

Oczekiwanie na przyjazd policji trwało około 20 minut. W końcu na Żwirowni pojawił się radiowóz, ale… ku naszemu zdziwieniu jedynie wolno przejechał wzdłuż ścieżki kierując się na ul. Kwiatkowskiego i… nawet się nie zatrzymał. Zgłaszany mężczyzna jak gdyby nigdy nic siedział w tym czasie dalej. A zarówno znak jak i jego samego ze ścieżki widać było jak na dłoni. Wystarczyło jedynie wysiąść z auta i przejść się parę metrów po piasku. – No nic, może gdzieś dalej staną żeby go nie spłoszyć i tu podejdą – pomyśleliśmy gdy radiowóz znikał w oddali. Tak się jednak nie stało. Choć radiowóz zawrócił zapewne bliżej ul. Kwiatkowskiego, wracając znów jedynie wolniutko przejechał wzdłuż deptaka opuszczając ostatecznie Żwirownię. Tak wyglądała cała interwencja… a mężczyzna siedział dalej. Dopiero po dłuższej chwili ubrał się i niespiesznie  odszedł.

W poniedziałek w tej sprawie skontaktowałam się z rzecznikiem rzeszowskiej policji, któremu opisałam przebieg skandalicznej moim zdaniem interwencji. – Czy tak powinna wyglądać? – Interwencja jest odnotowana w systemie, ale zdarzenie nie zostało potwierdzone – przyznaje nadkom. Adam Szeląg. – Policjanci tam przejeżdżali, ale żadna osoba nie robiła niczego co by tej interwencji wymagało. Nie wiem, czy ten pan już się ubrał, czy oni nie zauważyli, trudno powiedzieć – stwierdził dodając, że bezwzględnie jednak takie sytuacje trzeba zgłaszać, pomijając nawet to jak zakończyła się ta interwencja.

Pozostaje nam więc mieć tylko nadzieję, że w przyszłości policjanci wykażą się większym zaangażowaniem.

ksz

3 Responses to "Zboczeniec na Żwirowni, a… policjanci nawet nie wysiedli z radiowozu"

Leave a Reply

Your email address will not be published.