Zero konkretów, nerwy i osobiste wycieczki

Miny Roberta Chomy (z lewej) i Wojciecha Błachowicza podczas debaty mówią same za siebie: to nie miała być merytoryczna dyskusja, tylko „skopanie” przeciwnika. Fot. Ewa Faber
Miny Roberta Chomy (z lewej) i Wojciecha Błachowicza podczas debaty mówią same za siebie: to nie miała być merytoryczna dyskusja, tylko „skopanie” przeciwnika. Fot. Ewa Faber

PRZEMYŚL. Przebieg debaty Roberta Chomy i Wojciecha Błachowicza nie zachwycił zebranych.

Kto liczył na to, że podczas środowej (26 listopada) debaty „prezydenckiej” zorganizowanej przez Państwową Wyższą Szkołę Wschodnioeuropejską dowie się od Roberta Chomy i Wojciecha Błachowicza jakichś konkretów, na pewno się przeliczył. Kandydaci, którzy powalczą o fotel prezydenta w II turze, odpowiadali „na okrągło”, zatem konkretów było niewiele, za to pozwalali sobie obaj na osobiste „wycieczki”. A publiczność chwilami reagowała nie tak, jakby zgromadziła się w auli uczelni, ale tak, jakby była na trybunach stadionu i to w charakterze nie kibiców, ale kiboli.

Temat przewodni debaty: „Przemyśl – miasto rozwoju, czy stagnacji” brzmiał zachęcająco. Zebranych interesowało, jakie obaj kandydaci mają pomysły na rozwój coraz bardziej gospodarczo i społecznie podupadającego miasta. Niestety, konkretów niemal nie było. Zabrakło też konkretnych pytań ze strony prowadzącego debatę prof. dr. hab. Macieja Gitlinga.

Prowadzący debatę przy okazji zarzucenia mu stronniczości z zapałem podkreślił, że z Przemyśla nie jest, dojeżdża tu do pracy 400 kilometrów i nikomu nie ma powodów sprzyjać. Niestety to, że z Przemyślem prowadzący niewiele ma wspólnego, „wyszło” bardzo szybko i bardzo nieładnie, bo kilkukrotnie pomylił nazwisko Wojciecha Błachowicza, „przerabiając” je na „Błachuciak”. Niespecjalnie też chyba prowadzący orientował się w kompetencjach prezydenta miasta, bo pytał kandydatów o decyzje, które podejmować może tylko rada.

Osobiste wycieczki, docinki i dziecinada
Kandydatom zależało głównie na pokazaniu swego przeciwnika w najgorszym świetle. Prezydent Robert Choma nie mógł się zdecydować, jak zwracać się do Wojciecha Błachowicza: raz mówił „panie kandydacie”, a raz „panie radny”. To ostatnie zapewne w związku z tym, że Błachowicz zdobył, podobnie jak Choma, mandat radnego w wyborach. Tyle tylko, że urzędujący od 12 lat prezydent powinien wiedzieć, że zdobywca mandatu radnym staje się dopiero po zaprzysiężeniu. Podobnie wiedzieć powinien, że w Przemyślu funkcjonuje Rada Miejska, a nie Rada Miasta, a właśnie o Radę Miasta i poparcie w niej pytał Błachowicza.

Pytał też o rzekome planowanie przez Błachowicza poszerzanie cmentarza o groby członków UPA, podkreślając, że spora część głosów poparcia dla kandydata PO to głosy mniejszości ukraińskiej. W. Błachowicz „zrewanżował się” oponentowi zapytaniem, czy to prawda, że razem z koalicjantem, czyli PiS, szukają „haków” na Rafała Oleszka, bo „za bardzo podskakuje”. Informacje o tym miał Błachowicz pozyskać od osoby, która podsłuchała rozmowę telefoniczną lidera PiS, Władysława Bukowskiego, z Robertem Chomą w restauracji. Poza tym kontrkandydaci wypominali sobie, co kto źle zrobił w mieście w czasie, gdy Choma był prezydentem, a Błachowicz jego zastępcą. Ogólnie, poziom tej debaty można by zamknąć w jednym słowie: żenada.

Monika Kamińska

2 Responses to "Zero konkretów, nerwy i osobiste wycieczki"

Leave a Reply

Your email address will not be published.