„Jeśli ktoś uważa, że warto być Polakiem, to musi stać po stronie, która broni tradycyjnych wartości i chce przebudowywać naszą rzeczywistość” – powiedział Jarosław Kaczyński po miesiącach milczenia. I w chwili, kiedy cała Polska mówi o potrzebie budowania wspólnoty – literalnie cała, bo nawet wyrwało się to prezydentowi Dudzie – Kaczyński postanawia dolać benzyny do ognia i znów nas podzielić jak ongiś na gorszy i lepszy sort, na swoich i obcych, bo jeśli chcesz być Polakiem, to musisz być Polakiem Jarosława Kaczyńskiego. Kiedyś zapytałem Teresę Torańską, jak zaczęłaby wywiad z Kaczyńskim i bez wahania odpowiedziała: „Jarku, dlaczego to robisz?” Dzisiaj wiemy, że im bardziej jesteśmy podzieleni, tym łatwiej manipulować głupotą, która co rusz ku uciesze gawiedzi wyklucza kolejne rzesze obywateli pozbawiając ich godności. Obywateli, których z premedytacją ustawia Kaczyński po dwóch stronach wyimaginowanej barykady, aby się nawzajem żarli i do stołu razem nie siedli, bo jedność i solidarność to wielkie dla autorytarnych marzeń prezesa zagrożenie.
Tymczasem przeglądam światową prasę i nikt się o kolejnej agresji Kaczyńskiego nawet nie zająknął. Owszem wspominają wszyscy w Europie o innej części tej właśnie wypowiedzi dotyczącej przejęcia mediów prywatnych pod hasłem „repolonizacji”, co szczególnie punktują Reuters, brytyjski The Guardian, czy austriacki Der Standard. Ale nawet, mimo że wpływowa dziennikarka The Economist – Anabelle Chapman wbija prezesowi szpilę na Twitterze pisząc: „Niebezpieczne terytorium: nie tylko definiowanie tego, co „tradycyjne”, ale także decydowanie o tym, kto jest Polakiem, a kto nie” – gazeta zachowuje na temat tych „wybryków” prezesa powściągliwe milczenie pozostając przy krótkim cytacie z Kaczyńskiego: „Media w Polsce powinny być polskie”. Nikt już zatem na świecie nie zauważa tych warknięć z tylnego siedzenia i nawet gdy Le Monde pisze „Jeden prezydent – dwie Polski”, to litościwie o Kaczyńskim milczy.
Tylko nam tutaj w Polsce to zadrę w sercu czyni, gdyż piekielne doświadczenia wykluczeń mamy w pamięci, jakby to wczoraj było.
I tak mi się Natan przypomniał. Natan wyjechał z Polski w 1968 i opowiadał: „wiesz, byłem młody i myślałem, że lepiej być obcym – w obcym kraju, niż obcym – we własnym”, a potem zaraz dodawał, „a teraz jestem stary i wiem, że to jeden diabeł”.
Wyjechał jednak nie tylko dlatego, że go tu bardzo głośno ustami totalitarnych kacyków nie chcieliśmy, ale też dlatego, że przeczytał w „Trybunie Ludu” taką krótką notkę, która mówiła, że jeżeli nie wyjedzie, to będzie traktowany jak wszyscy inni obywatele PRL. Natan nie był traktowany wcześniej w żaden jakiś specjalny sposób, wręcz przeciwnie, więc doszedł do wniosku, że teraz to już tylko piekło i wyjechał. Nie sam, tylko z tysiącami innych Polaków. Bez paszportu – z dokumentem podróży ważnym tylko w jedną stronę. Bez prawa powrotu. A dodatkowo z przymusem zrzeczenia się polskiego obywatelstwa, bo „posiadacz niniejszego dokumentu nie jest obywatelem polskim”. Już nie jest, czy nigdy nie był?
Natan osiadł w Szwecji, a potem, kiedy już mógł, to tu wrócił, bo to jest jego kraj, bo to jest jego ojczyzna – niewdzięczna, trudna, ale jednak własna.
A my dzisiaj, ponad 50 lat po tej hańbie zaczynamy być trochę jak Natan – bezradni, bo patrząc na nienawiść sączącą się z ust prezesa być może już wkrótce będziemy musieli zapytać, czy 20 milionów ludzi – nie głosujących, lub głosujących inaczej – „już nie jest, czy nigdy nie było Polakami”.
Dlatego waż słowa pośle Kaczyński, bo złych słów się nie zapomina, a Polska i tak w końcu usiądzie do wspólnego stołu, ale już bez ciebie.
Redaktor naczelny Super Nowości Jakub Karyś



29 Responses to "Złych słów się nie zapomina"