
Przez kilka lat była pod opieką 3 lekarzy ginekologów, żaden nie rozpoznał u niej nowotworu.
– W ciągu 5 lat żona była 37 razy u ginekologa, dwa razy była hospitalizowana w Przeworsku, z powodu obfitych krwawień. Siedem razy pobrano jej cytologię, której wyników żaden lekarz nie zinterpretował prawidłowo. Zmarła na raka szyjki macicy, który – gdy trafiła wreszcie do rzeszowskiego szpitala – był już rozsiany i widoczny gołym okiem. Osierociła dwójkę małych dzieci – mówi Jacek Kielar z Kramarzówki. – Najtragiczniejsze jest jednak to, że nikt nie poczuwa się do błędu czy zaniedbania. A skoro tak, to lekarze i prokuratura uważają, że dzieciom nie należy się żadne zadośćuczynienie za przedwczesną śmierć matki.
Historia, którą opowiada nasz Czytelnik nie mieści się w głowie. Bernadeta Kielar zmarła na raka szyjki macicy, będąc pod systematyczną opieką ginekologów? Przecież umierają te kobiety, które nie robią badań, zaniedbują kontrolne wizyty. Wszak według specjalistów wcześnie wykryty rak szyjki macicy jest całkowicie wyleczalny. O tym mówią wszystkie kampanie promujące profilaktyczne badania. Hasła “Zrób cytologię, wybierz życie” widać w mediach na każdym kroku. Ale to wszystko w teorii.
Zrozumieć niezrozumiane
– Pytanie, jak do tego mogło dojść, prześladuje mnie od półtora roku. Żona dbała o zdrowie, chodziła do ginekologa, bo ciągle skarżyła się, a to na krwawienie, a to na świąd. Wszystkie wizyty kończyły się badaniem ginekologicznym, cytologię miała robioną nawet dwa razy do roku. Dlaczego nikt nie zauważył rozwijającego się nowotworu? – pyta mąż zmarłej. – W karcie choroby przez lata odnotowywano stany zapalne, nadżerkę, upławy, krwawienia. Gdy 31 października żona zgłosiła się do ginekologa z obfitym krwawieniem, ten rozpoznał u niej 5-tygodniową ciążę i krwawienie niewiadomego pochodzenia. Dostała wtedy skierowanie do szpitala, skąd po czterech dnia wyszła jako wyleczona, w 8-9 tygodniu ciąży. Kolejny raz trafiła do szpitala (z obfitym krwawieniem) 14 lutego 2009 roku i znowu wypisano ją po trzech dniach po zastosowaniu setanowania (zatamowania krwawienia) i z zaleceniem kontroli w poradni K. Wtedy też dopiero pobrano jej wycinek do badań histopatologicznych. 10 dni później, podczas kolejnej wizyty w gabinecie, żona dowiedziała się, że ma zmiany podejrzane onkologicznie, ale wyniku histopatologicznego jeszcze nie dostała. Poinformowano ją tylko, że musi być hospitalizowana w Rzeszowie. Skierowania jednak nie dostała. Pojechała po nie do Przeworska 10 marca 2009 roki, tego samego dnia zgłosiła się do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Rzeszowie. Podczas badania wizualnego trwającego nie więcej niż 10 minut prof. Andrzej Skręt stwierdził jednoznacznie, że to rak szyjki macicy, guz wielkości 7 cm, naciekający na zewnątrz szyjki, widoczny gołym okiem (podczas pobierania wycinka kawałek guza oderwał się co jest odnotowane w dokumentacji szpitalnej). Rezonans magnetyczny potwierdził, że są również przerzuty do węzłów chłonnych. Po badaniach zarekomendowano stymulację dojrzałości płuc i płodu i rozwiązanie ciąży w 32 tygodniu przez cesarskie cięcie. Od tego czasu rozpoczęliśmy walkę o dziecko i życie żony. Niestety, nawet radykalne i agresywne leczenie nie pomogło. Żona przestała cierpieć gdy syn skończył roczek… Zostałem z dwójką małych dzieci. Bernadeta odeszła.
Jak mogło dojść do takiej sytuacji? Kto ponosi winę z śmierć młodej kobiety? Czy gdyby ktoś wcześniej skierował ją na konsultacje, zamiast leczyć nie wiedząc co leczy, życie młodej matki udałoby się przedłużyć, a nawet uratować? Dlaczego tak częste wizyty u ginekologa i kilkakrotnie powtarzane cytologie nie zaalarmowały aż trzech kolejnych lekarzy?
Prof. dr hab. n. med. Andrzej Skręt, konsultant wojewódzki ds. położnictwa i ginekologii w Rzeszowie:
– Cytologia jest metodą, która w większości przypadków jest przydatna do wykrywania raka płaskonabłonkowego. Obecne akcje badań cytologicznych spowodowały, że odsetek raków płaskonabłonkowych spadł do 2/3, a wzrósł w stosunku do tego odsetek raków niepłaskonabłonkowych, m.in. rak gruczołowy (z 5 – 20 proc.). Rak gruczołowy jest trudniejszy do wykrycia, bo rozwija się wewnątrz szyjki, jest w kanale, nawet kolposkopowo go nie widać. Tego typu zmiany możemy wykryć w takim ośrodku jak nasz, gdzie mamy wiedzę i doświadczenie, bo spotykamy różne rzadkie postacie nowotworów. Rocznie operujemy kilkaset takich przypadków. Wszystkie pomyłki wynikają z tego, że brakuje doświadczenia, a cytologia pomaga wykryć tylko raka płaskonabłonkowego, inne rodzaje nowotworów: jasnonabłonkowy, gruczołowy, z komórek nerwowych, cytologia nie widzi. Nikogo nie rozgrzeszam, ale faktem jest, że taki rak może być nierozpoznany przez lekarza nie mającego klinicznego doświadczenia. Wielokrotnie o tym mówiłem na spotkaniach Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego, że zaburzony stosunek raków płaskonabłonkowych do gruczołowych sprawia, że przy nic niewykazującej cytologii uspokaja się i pacjentka, i lekarz.
Anna Moraniec



7 Responses to "Zmarła, bo lekarze nie rozpoznali raka"