
JAROCIN, POW. NIŻAŃSKI. Nie zajęli się konającą koleżanką, nie wezwali pomocy. Zatroszczyli się wyłącznie o własną skórę.
Najpierw było słychać pisk opon, później głośny trzask. Niedługo potem z małego zagajnika na obrzeżach Smutków buchnęła łuna ognia. Nie zdziwiła niektórych syrena strażacka. Jednak po niej jechały kolejne wozy z włączonymi sygnałami. To nie była jeszcze pora do spania, więc wielu pobiegło zobaczyć, co się stało na drodze z Jarocina do Katów. A doszło tam do dużego nieszczęścia, które było wynikiem połączenia alkoholu, młodzieńczej fantazji i zwykłej głupoty.
– Wspaniała pełna planów dziewczyna – wspomina Anitę jej babcia. Opowiada o jej czasach szkolnych, o kolegach i koleżankach. Wszystko w czasie przeszłym, bo Anity nie już wśród nas. Z planów, o których mówiła jej babcia, nic już nie będzie. Szkoda, bo Anita miała zaledwie 19 lat. Życie przed nią dopiero mogło roztaczać swe bogactwo.
Feralnym był deszczowy poniedziałek. Anita mieszkała w Łążku Garncarskim. To malownicza wieś na obrzeżach Lasów Janowskich. Tuż za granicą Podkarpacia. Wieś malownicza, ale młodzież z niej ucieka. Jeżeli ktoś nie ma większego warsztatu garnacarskiego lub pieca do wypalania kafli, musi kilkanaście kilometrów dojeżdżać do pracy, żeby żyć. Łążek żyje tylko raz, dwa razy w roku, kiedy to tłumy zjeżdżają na święto garncarzy, a jesienią na żurawinobranie. A tak zwykła wiejska nuda, którą większość zabija pod sklepem.
– To nie jest wina tylko Patryka, a nas wszystkich – wyrzuca z siebie Janek. – Przecież każdy widzi, co się na wsiach takich jak Łążek dzieje. Boli takie pokoleniowe rozwarstwienie. Starsi oprą się o płot, przypalą papierosa i pogadają o starych czasach. Młodzi popiją i wyrywają się do miasta, bo tam jest gwar, tam są koledzy. Jadą samochodami i jadą szybko. Czy teraz będą jeździć z większą roztropnością? Może przez chwilę. Później wszystko wróci na stare tory.
Alkohol wzmaga nie tylko fantazję
W poniedziałkowe popołudnie Anita spotkała się z rok młodszym Patrykiem i jego równolatkiem Błażejem. Błażej przyszedł ze Szwedów. To sąsiednia wieś, już na Podkarpaciu. Bawili się wesoło, wypili trochę alkoholu. Procenty rozbudziły fantazję i ktoś wpadł na pomysł odwiedzenia innych kolegów. Było już ciemno, w okolicach dziewiątej wieczorem. Po cichu wypchnęli z garażu vw golfa rodziców Patryka. Chodziło o to, by rodzice się nie zorientowali, bo Patryk nie dość, że nie ma prawa jazdy, to jeszcze na pewno dorośli poczuliby alkohol. Odpalili auto na drodze i pojechali. Po kilku kilometrach na krajowej „19”, w Katach skręcili na drogę do Jarocina. Auto kierowane przez Patryka na pewno nie jechało wolno. W Smutkach, przysiółku Jarocina jest kilka zakrętów. Jeden z nich golf wziął szerokim łukiem. Kierowca nerwowo zareagował i auto zaczęło się obracać na śliskiej jezdni. Tyłem uderzyło w betonowy słup lampy ulicznej, a następnie prawie przeskoczyło drogę i przodem zaryło w korzenie drzew rosnących za rowem po przeciwnej stronie drogi.
Patryk i Błażej wyszli z wypadku bez szwanku. Z auta, jak to mówią, niewiele zostało. Ponieważ śledztwo ws. wypadku jest dopiero w początkowej fazie, nie możemy podać w jaki sposób Anita znalazła się poza autem. Są tylko dwie możliwości: Wypadła w trakcie uderzenia uderzenia samochodu o drzewa, albo koledzy ją wynieśli z wraku. Ta druga wersja jest przynajmniej wątpliwa dla prokuratora, o czym później. Dwaj osiemnastolatkowie stanęli w obliczu potężnej paniki. Co jest w tym odrażające, nie zajęli się konającą koleżanką, nie wezwali pomocy. Zaroszczyli się wyłącznie o własną skórę. Zaczęli zacierać ślady, by później móc zwalić winę na jakiegoś złodzieja, który auto ukradł i rozbił na drodze. Któryś z nich wpadł na pomysł podpalenia samochodu. Wystarczyło odkręcić korek wlewu paliwa i przystawić zapalniczkę. Samochód dosłownie wybuchł, a płomienie pełzły po drzewach na kilka metrów. Ktoś zadzwonił po policję. Była godzina 21.20.
Błażej idzie w zaparte, Patryk pogodził się z losem
– Policjanci zastali płonące w rowie auto obok którego leżała nieprzytomna kobieta – mówi kom. Anna Kowalik, oficer praowy policji w Nisku. – Funkcjonariusze wezwali karetkę pogotowia i straż pożarną. Przystąpili też do reanimacji ofiary wypadku.
Reanimacja kontynuowana przez ratowników nie powiodła się. Anita zmarła na miejscu wypadku. Policjanci zabezpieczyli teren i dokładnie go przeszukali. Znaleźli tam m.in. telefon komórkowy Anity. Weryfikując ostatnie połączenia trafili na Patryka i Błażeja. Po godzinie jeden i drugi zostali zatrzymani. Obaj mieli po ok. promilu alkoholu. We wtorek po południu zostali przesłuchani przez policjantów, a następnego dnia rano przez prokuratora.
– Mężczyzna, który według naszych ustaleń kierował samochodem złożył wyjaśnienia, natomiast pasażer skorzystał z prawa do odmowy wyjaśnień – mówi prok. Bożena Okleja, prokurator rejonowa w Nisku. – Obu zostały przedstawione zarzuty. Prokurator wystąpił do sądu o tymczasowe aresztowanie osiemnastolatków.
Błażej S. odmawia współpracy ze śledczymi. Twierdzi, że w samochodzie go nie było. Dowody zebrane przez prokuratora i wyjaśnienia kierującego autem wystarczyły do przedstawienia mu zarzutów nieudzielenia pomocy osobie znajdującej się w stanie zagrożenia życia oraz utrudniania postępowania poprzez zacieranie śladów przestępstwa. Jeżeli sąd nie znajdzie okoliczności łagodzących, pójdzie za to na 5 lat do więzienia. Nad Patrykiem M. wisi groźba znacznie surowszego wyroku. Prokurator zarzucił mu kierowanie pojazdem w stanie nietrzeźwym, spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym i ucieczkę z miejsca wypadku oraz nieudzielenie pomocy osobie znajdującej się w stanie zagrożenia życia. W sumie za kraty może trafić nawet na 12 lat. Analizując prokuratorskie zarzuty można wywnioskować, że Anita wypadła z samochodu podczas wypadku oraz że to Błażej podpalił auto. Biegły lekarz medycyny sądowej przeprowadził sekcję zwłok Anity. Przyczyną zgonu były obrażenia wielonarządowe. Nie wiadomo, czy gdyby koledzy zachowali się po ludzku, Anita by żyła. Tego już nigdy się nie dowiemy. W czwartek rano Sąd Rejonowy w Nisku tymczasowo aresztował Patryka M. i Błażeja S.
Łążek jest w szoku. Gdy byliśmy tam dzień po wypadku, na drodze przez wieś było pusto. Prawie nikt przy sklepie nie chciał rozmawiać. – Znam, albo teraz już znałem całą trójkę – mówi kolega. – Mogę sobie wyobrazić wypadek, rozumiem, że mogli spanikować, ale nie ucieka się zostawiając kogoś bliskiego w potrzebie. Zwłaszcza dziewczyny – mówi łamiącym się głosem.
Jerzy Mielniczuk



3 Responses to "Zostawili Anitę na pewną śmierć w rowie"