
PIŁKA NOŻNA. Grał w rockowym zespole „Nowotwór”, a na bramce stanął, bo… nie chciało mu się ganiać za piłką – Tomasz Wietecha, bohater Stali Stalowa Wola, jakiego nie znacie.
Tomasz Wietecha raz jeszcze udowodnił, że zasługuje na miejsce w galerii sław Stali Stalowa Wola. 37-letni bramkarz nie dał się pokonać żadnemu piłkarzowi Piasta Gliwice w konkursie „jedenastek”, a jego zespół awansował do 1/8 finału Pucharu Polski. – Na obronione karne składa się wiele czynników: umiejętności, intuicja, szczęście – wylicza popularny „Balon”. – Złoty środek nie istnieje.
Porażka wicelidera ekstraklasy na boisku II-ligowca była największą sensacją 1/16 finału PP. I nie zmienia tego fakt, iż trener Ślązaków Radoslav Latal posłał w bój zawodników drugiego planu. Widząc wynik meczu, kilku znanych piłkarzy musiało się szeroko uśmiechnąć. Sześć lat temu Wietecha wyrzucił z PP mistrza kraju Lecha Poznań, broniąc karne Ivana Djurdjevica i Dimitrije Injaca. Przed rokiem przy Hutniczej na bramkarza Stali sposobu nie znalazł Sebastian Mila. – I jako jedyny z tych, którzy przegrali pojedynek, pogratulował mi – podkreśla Wietecha.
Analiza? To nie Anglia
Bohater „Stalówki” nie ma pojęcia, jak wiele karnych w karierze obronił. – Trochę żałuję, że nie prowadzę takich statystyk. Wkurza mnie, jak ktoś powtarza, że nie ma dobrze obronionych „jedenastek”, są tylko źle strzelone. Moim zdaniem, szanse są 50 na 50. Wietecha z nikim nie musi się dzielić swoim sukcesem. Najczęściej nie ma pojęcia, jak rywal zachowuje się, kopiąc piłkę z „wapna”. – Nie jesteśmy klubem z Premier League, nie mamy kilkunastu ludzi siedzących przy komputerze i analizujących każdy ruch przeciwnika. Poza tym, doświadczenie nauczyło mnie, że lepiej nie wiedzieć. Bartosza Bosackiego niby miałem „rozpisanego”, ale to był jedyny lechita, który mnie pokonał – przypomina.
– Puchar Polski to kapitalna przygoda. Może potrwać, bo w następnym meczu z Zawiszą Bydgoszcz nie stoimy na straconej pozycji. Tylko, że oddałbym dwa obronione karne z Piastem za ten z Błękitnymi Stargard Szczeciński w ostatniej kolejce poprzedniego sezonu. Gdybym wtedy wyczuł intencje Łukasza Kosakiewicza, dziś bylibyśmy w innym miejscu – żałuje nasz rozmówca.
Nie chcą „szarpidrutów”
Ojciec Tomasza był jednym z najlepszych pomocników Stali, miał „młotek” w nodze. Jak to się stało, że syn stanął między słupkami? – Cóż, byłem pociesznym grubaskiem. Nie chciało mi się ganiać za piłką, więc postawili mnie na bramce. Mama i babcia załamywały ręce. Bały się, że rozbiję sobie głowę o metalowe słupki – śmieje się „Balon”, który nie wieszał nad łóżkiem plakatów ze zdjęciami swoich idoli. – Wzorem od zawsze pozostaje jednak Gianluigi Buffon. Może dlatego, że to mój rówieśnik.
Jak wiadomo, bramkarz musi mieć w sobie gen szaleństwa. Wietecha Rene Higuitą nie jest, ale… – Trochę wariata we mnie drzemie – potwierdza. – Lubię, jak podczas meczu buzuje adrenalina.
Jako nastolatek musiał wybierać: futbol albo muzyka. – Hmm, założyliśmy z kolegami z bloku zespół o dość przerażającej nazwie „Nowotwór”. Naszych koncertów na youtube pan nie znajdzie, ale mieliśmy chatę i tam katowaliśmy instrumenty – na wspomnienie tamtych chwil Wietecha, który do dziś gra na gitarze, staje się sentymentalny. Co ciekawe, to nie on, stary lis, odpowiada za to, co płynie z głośników w szatni Stali. – Czasem uda mi się przemycić AC/DC czy Metallicę, ale młodzi się krzywią: znowu te szarpidruty? I puszczają to, co dziś najpopularniejsze. Choć przyznam, że i przy wpadającym w ucho disco polo człowiek tupnie nóżką – puszcza oko.
W środę i czwartek Wietecha udzielił kilkunastu wywiadów, w niedzielę postara się powstrzymać piłkarzy Siarki. – Mieszkańcy Podkarpacia mają pojęcie, jakie stosunki panują na linii Stalowa Wola – Tarnobrzeg. Derby nigdy nie należą do łatwych meczów, ale wierzę, że zmażemy plamę po porażce z Radomiakiem.
Tomasz Szeliga


