
– deklarują. Fot. Monika Kamińska
Zwolnieni dyscyplinarnie z Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Przemyślu ratownicy – związkowcy nie tylko nie godzą się na swój wylot z pracy. Zapowiadają, że złożą do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez szefostwo stacji. – Taka organizacja pracy skutkować może narażeniem zdrowia i życia pacjentów – zauważają. Zgłoszenie do prokuratury już w zeszłym tygodniu zapowiedziała też WSPR w Przemyślu. Jej szefostwo uważa, że zdrowie i życie pacjentów było narażone, ale przez zwolnionych ratowników. Tymczasem w sieci trwa nadal zbiórka pieniędzy na pomoc prawną dla zwolnionych. Kwota przekroczyła już 10 tys. złotych, nie brakuje też słów wsparcia.
Grzegorz Chrapek i Jakub Boczar jeszcze niedawno jako przedstawiciele Międzyzakładowych Związków Zawodowych Pracowników Służby Zdrowia z dyrektorem przemyskiej WSPR wojowali o wyrównanie płac ratowników bez licencjatu do stawek tych z licencjatami. Walczyli o to, bo nie ma różnicy w zakresie obowiązków jednych i drugich, a i też żadne przepisy o różnicy w płacach nie mówią. Ale mówił za to, według relacji ratowników, dyrektor WSPR w Przemyślu, Rafał Kijanka. – Potrafił wprost powiedzieć, że ratownik z licencjatem, nawet taki bez żadnego doświadczenia umie i wie więcej od tych bez – opowiadają nam Chrapek i Boczar. – Potem potrafił się w żywe oczy wyprzeć tych słów – utrzymują. Dyrektor miał też zasłaniać się brakiem pieniędzy i rzekomym pismem z NFZ w tej sprawie, ale pisma tego, jak mówią zwolnieni ratownicy, nie chciał nikomu ze związkowców pokazać, ani zgodzić się na propozycję związkowców, by wspólnie udać się na rozmowy w tej kwestii do rzeszowskiego Oddziału NFZ.
Dostali „dyscyplinarki”
Niedawno współpraca dyrektora Kijanki z Chrapkiem i Boczarem zakończyła się. Dość nieoczekiwanie, bo nagłym zwolnieniem dyscyplinarnym związkowców. Mężczyźni zostali zwolnieni, jak można wyczytać z ich wypowiedzeń za to, że mieli próbować wymuszać na pracodawcy podwyżki dla pracowników, a także zastraszać go dezorganizacją pracy Zespołów Ratownictwa Medycznego stacji. Do tego związkowcy mieli organizować nielegalny protest i nakłaniać ratowników medycznych do udziału w nim oraz nie przestrzegać zasad współżycia społecznego w pracy „poprzez branie udziału w zmowie przeciwko pracodawcy i zamiarze niestawiania się w pracy w kolejnych dniach”, korzystając w tym czasie ze zwolnień lekarskich. Mieli też nakłaniać do brania udziału w proteście innych ratowników, by ci nie odbierali połączeń telefonicznych i wiadomości na temat ustalenia dyżurów za osoby przebywające na L4. Związkowcom zarzucono także „faktyczną dezorganizację pracodawcy i skuteczne nakłonienie ratowników medycznych do strajku poprzez przebywanie na zwolnieniach lekarskich w sytuacji, gdy zaniechanie przez nich pracy zagraża ludzkiemu zdrowiu i życiu”. W wypowiedzeniach wymieniono też konkretne przypadki kiedy to rzekome działanie zwolnionych miało spowodować, że nie było obsady ZRM i karetki nie wyjechały do pacjentów. – To stek bzdur – zauważają Boczar i Chrapek. – Część tych zarzutów dotyczy działalności związkowej, a za tę nie można zwolnić pracownika – związkowca – wyjaśniają. – Reszta nie miała wcale miejsca i to wyssane z palca dyrektora opowieści – konkludują. Ratownicy zapowiedzieli walkę w sądzie o przywrócenie ich do pracy.
Kto naraził zdrowie i życie pacjentów?
Tymczasem dyrektor WSPR w Przemyślu nie chciał komentować całej sprawy osobiście. Stacja wydała jedynie oficjalne oświadczenie, w którym jej szefostwo podtrzymało zarzuty wobec Boczara i Chrapka oraz zapowiedziało zawiadomienie prokuratury o tym, iż zachowanie tych ratowników mogło stanowić realne zagrożenie dla pacjentów obsługiwanych przez WSPR w Przemyślu. Rzecz w tym, że to samo zwolnieni ratownicy zarzucają dyrektorowi Kijance. Oni także mają zamiar zawiadomić ograna ścigania o tym, że organizacja pracy w przemyskiej WSPR jest tak wadliwa, że może stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia jej pacjentów.
„Trzymajcie się. Z ratolskim pozdrowieniem”
Śledczy i sąd będą mieli się zatem czym zajmować, a na razie koledzy po fachu, inni pracownicy służby zdrowia, ale i ludzie spoza tej branży wspierają zwolnionych związkowców. Na koncie utworzonej na pomoc prawną dla nich zrzutki jest już ponad 10 tys. złotych. „Walczcie o swoje, godne stawki wam się po prostu należą, bo wykonujecie wspaniały, potrzebny zawód!”, „Trzymajcie się chłopaki. Mam nadzieję że wygracie. Powodzenia.”, „Nie dać się !! Z ratolskim pozdrowieniem” – to tylko niektóre z wpisów na zrzutce. – Bardzo jesteśmy wdzięczni wszystkim, którzy nas wspierają – deklarują wzruszeni Grzegorz Chrapek i Jakub Boczar. – Nie chodzi tylko o wsparcie materialne, ale przede wszystkim zrozumienie i dobre słowo. To w naszej sytuacji bardzo ważne i czujemy się silniejsi dzięki tym, dla których to co nas spotkało, jest ważne – stwierdzają.
Monika Kamińska



12 Responses to "Zwolnieni z pracy ratownicy nie zamierzają się poddawać"