
RZESZÓW. – Po porodzie, zamiast zakładać pieluszkę córeczce, zakładałam ją sobie. Do dziś chodzę z workiem, jak staruszka – mówi 30-letnia, do czasu porodu zdrowa kobieta.
– Jestem matką 10-miesięcznej Zosi. 14 maja 2013 r. w Szpitalu Wojewódzkim nr 2 wykonano mi zabieg cesarskiego cięcia, podczas którego przecięto mi pęcherz moczowy, moczowód, pochwę, szyjkę macicy… Na drugi dzień po zabiegu okazało się, że mocz zamiast cewką moczową wylatuje mi… pochwą! Lekarze uznali, że wszystko jest w porządku, że nie popełnili żadnego błędu, a odszkodowanie za doznany uszczerbek na zdrowiu, ból i stres mi się nie należy, mimo że od tego momentu więcej czasu spędziłam w szpitalach zamiast z moją córeczką. Do dziś chodzę z workiem przy brzuchu i końca mojego leczenia nie widać. Właśnie jadę do Warszawy, gdzie będą próbowali uratować mi nerkę – mówi pani Katarzyna (nazwisko do wiadomości redakcji).
Ciąża pani Kasi przebiegała bez żadnych zastrzeżeń, co potwierdza jej karta ciąży. Mimo że stan rodzącej po porodzie określono jako dobry (!) trafiła prosto na operację urologiczną do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Rzeszowie.
Potem dwa tygodnie chodziła z cewnikiem pęcherzowym, miała zastój w nerce, trafiła do szpitala z podejrzeniem zatorowości płucnej. Na koniec przyplątała się infekcja dróg moczowych. – W sumie częściej byłam w szpitalu niż z córeczką. Czy wyobraża pani sobie sytuację, że kiedy wracałam do domu, Zosia nie chciała do mnie iść na ręce? Czy ktoś zrozumie mój ból? – pyta pani Kasia ze łzami w oczach.
To nie koniec leczenia
Cały ubiegły rok pani Kasia spędziła, z przerwami, w szpitalu. W tym roku z workiem przy brzuchu, tzw. ureterotomią, czeka ją kolejna, poważna operacja ratująca nerkę. – Słowa przepraszam nie usłyszałam od pani doktor, która mnie tak załatwiła, tylko tyle, że takie rzeczy się czasami zdarzają – mówi kobieta. – Pewnie, że się zdarzają uszkodzenia, ale jednego narządu, natomiast o moim przypadku można przeczytać w książkach. Tak zresztą usłyszałam od anestezjologa, z którym rozmawiałam przed pierwszą operacją. A tuż przed uśpieniem mnie po tej nieszczęsnej cesarce słyszałam wyraźnie od lekarki przeprowadzającej zabieg „o ch… za nisko cięłam”.
Szpital nie poczuwa się do odpowiedzialności
– W opinii szpitala i jego ubezpieczyciela PZU S.A., personel oddziału ginekologii i położnictwa Szpitala Wojewódzkiego nr 2 w Rzeszowie nie popełnił błędu w opiece nad ciężarną Katarzyną. Uszkodzenie dróg moczowych jest możliwym powikłaniem cięcia cesarskiego i widnieje w formularzu świadomej zgody pacjenta na zabieg operacyjny, jaki poszkodowana podpisała przed jego wykonaniem. Postępowanie w okresie pooperacyjnym było prawidłowe i zakończyło się ustaleniem prawidłowej diagnozy, a następnie właściwym leczeniem – mówi Małgorzata Przysada, z-ca dyrektora ds. lecznictwa w placówce.
Anna Moraniec
KOMENTARZ
Prof. dr hab. nauk med. Andrzej Skręt, spec. ginekolog położnik, spec. ginekologii onkologicznej, konsultant wojewódzki ds. ginekologii i położnictwa:
– Czy przecięcie pęcherza moczowego, moczowodów, szyjki macicy, pochwy jest częstym powikłaniem przy cesarskim cięciu? Nie, można powiedzieć, że bardzo rzadkim, ale tego typu powikłania były już opisywane w literaturze. Decydując się na „cesarkę”, trzeba brać pod uwagę możliwość powikłań tak jak przy każdym zabiegu operacyjnym. Trudno mi komentować sprawę, nie znając jej całokształtu, np. czynników ryzyka występujących u pacjentki itp.



28 Responses to "Zwykła „cesarka” zniszczyła mi życie"