Życie trzeba przeżyć, a nie przesiedzieć na kanapie

Łukasz Łagożny kompletowanie Korony Ziemi zaczął w 2009 roku od Elbrusa (5642 m n.p.m.), później była Aconcagua (6961 m n.p.m.), Mont Blanc (4810 m n.p.m.), McKinley (6195 m n.p.m.), Kilimandżaro (5895 m n.p.m.), Puncak Jaya (4884 m n.p.m.) i Góra Kościuszki (2230 m n.p.m.). W maju 2018 roku zdobył Mount Everest (8848 m n.p.m.). Wyczynu dokonał wspólnie z mieszkańcem Sędziszowa Małopolskiego, Tomaszem Kryplem. To pierwsi mieszkańcy Podkarpacia, którzy tego dokonali. Ostatni szczyt – Masyw Vinsona – zdobył 27 grudnia 2019 roku.

SuperWywiad z Łukaszem Łagożnym (39 lat) z Sanoka, pierwszym mieszkańcem Podkarpacia, który skompletował „Koronę Ziemi”.

Po zdobyciu Korony Ziemi zyskałeś miano „Król Łukasz”…
– Kompletnie się nim nie czuję. To, że udało mi się zdobyć Koronę Ziemi, może „udało” to złe słowo, bo trzeba było sobie na to zapracować i w pewnym sensie zasłużyć, aby tę Koronę Ziemi zdobyć, ale „król Łukasz” to chyba na wyrost. Traktuję to w cudzysłowie.

– Kiedy kilka lat temu relacjonowaliśmy Twoje powroty z pierwszych szczytów Korony Ziemi, zdobycie Everestu było marzeniem. Dziś jesteś pierwszy z Podkarpacia, który zdobył dziewięć najwyższych szczytów siedmiu kontynentów. Jak to osiągnąć?
– Może to zabrzmi banalnie, ale najważniejsze w tym wszystkim to uwierzyć w to, że się uda i za przeproszeniem ruszyć z kanapy swoje cztery litery. Większość z nas ma słomiany zapał, bo z natury jesteśmy leniwi. Ja też jestem leniwy, bardzo często nie chce mi się robić treningu, ale zmuszam się. Pierwszy krok to więc przełamanie naszego lenistwa.

Druga i chyba największa trudność jest taka, że większe projekty potrzebują więcej czasu. W moim przypadku 10 lat. Trzeba się bardzo pilnować, aby nie odpuścić, a zdarzają się momenty, kiedy człowiekowi po prostu się nie chce. Jest zmęczony, przećwiczony, do tego dochodzą obowiązki zawodowe i rodzina. Trzeba wtedy znaleźć sobie bodziec, który ponownie nas zmotywuje. W moim przypadku są to biegi na dystansach ultra i triatlon. Jestem też bardzo uparty. Jeśli chcę coś zrobić, to po prostu to robię. Oczywiście, wszystko w granicach bezpieczeństwa. 

– Nigdy nie odpuszczasz?
– Kiedyś tak myślałem. Zastanawiałem się, czy jeśli zajdzie taka konieczność, będę umiał się wycofać, zrezygnować. Aż do 2016 roku, kiedy pojechaliśmy na wyprawę do Kirgistanu. Dwukrotnie próbowałem wyjść wówczas na Chan Tengri, najwyższy szczyt pasma Tienszan. Pogoda podczas wyprawy była fatalna, nie mieliśmy ze sobą wystarczającej ilości sprzętu, żeby bezpiecznie się poruszać i asekurować. W ogóle nie widzieliśmy przysypanych śniegiem szczelin. Nie było innej możliwości, jak tylko się wycofać. Gdybyśmy wtedy podjęli inną decyzję, wyprawa mogła skończyć się tragicznie. To pierwsza i jedyna w moim życiu góra, której nie zdobyłem. Podobnie miałem kiedyś na trasie biegu ultra. Musiałem odpuści na 90 kilometrze. Dwa razy skręciłem tę samą kostkę. Po pierwszym urazie myślałem, że jakoś to „rozbiegam” i dam radę, ale kontuzja okazała się na tyle poważna, że musiałem zejść z trasy.

To demotywuje?
– Denerwuje, czasem bardzo, ale nie demotywuje. To jest kolejna lekcja, a potrzebujemy ich dużo, aby utwierdzić się w przekonaniu że możemy, dajemy radę. Więc te „pstryczki w nos” motywują jeszcze bardziej, bo pokazują, że człowiek jest silny, że da radę. 

– A jak radzisz sobie z kryzysami?
– Zaciskam zęby i próbuję pokonać kolejny odcinek, kolejne, powiedzmy dziesięć kroków, po tych dziesięciu, kolejne dziesięć. I tak do celu, pokonuję małe etapy, które składają się na całość. Tak jest prościej. Jadąc na wyprawę nigdy nie myślę o tym, że jadę zdobyć szczyt, ale o tym, aby najpierw dojść do pierwszego obozu, później drugiego i kolejnych. Szczyt – cel – się przybliża, ale nie jest celem samym w sobie. Takie podejście bardzo pomogło mi podczas wyprawy na Mount Everest, która trwała dwa miesiące – z dala od rodziny, bliskich, w obcym kraju. Myśląc tylko o szczycie już na samym początku można się spalić i wrócić z niczym.

– Na Dachu Świata stanąłeś w 2018 roku. Na szczycie rozwinąłeś biało-czerwoną flagę, aby uczcić setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Zostawiłeś tam też laurkę od najmłodszej córki z napisem „dasz radę”…
– Na każdą wyprawę dostaję coś od dzieci, co mnie motywuje, ale też przypomina, że mam dla kogo żyć, że muszę być rozważny i na każdym kroku dbać o swoje bezpieczeństwo. Rodzina jest dla mnie najważniejsza. 

– Nagrałeś też bardzo wzruszający i pełen emocji film, który można zobaczyć w Internecie, dedykowany m.in. Twoim dzieciom…
– Chciałem im pokazać, że świat stoi przed nimi otworem, że mogą marzyć o czym chcą i po te marzenia sięgać. Tak jak ja, normalny chłopak z Sanoka, bez znajomości, koneksji i pieniędzy. Wystarczy upór, ciężka praca oraz konsekwencja i można zdobywać szczyty.

– Który ze szczytów był najtrudniejszy?
– Chyba jednak Everest. Po pierwsze, aby uniknąć „kolejek” pod szczytem wybraliśmy trudniejszą, północną stronę podejścia. Ja dodatkowo postawiłem sobie jeszcze wyżej poprzeczkę, bo chciałem osiągnąć wysokość 8300 bez użycia dodatkowego tlenu, co faktycznie jako jednej z pięciu osób na świecie w 2018 roku mi się udało. No i sam fakt przekroczenia granicy ośmiu tysięcy metrów, tzw. granicy śmierci, to też wymagało ogromnego przygotowania i ciągłego kontrolowania pulsoksymetrem nasycenia tlenu we krwi. To nie jest naturalna wysokość dla człowieka, tam się po prostu po kilku minutach zaczyna umierać. Na każdym kroku trzeba być skoncentrowanym. Nie można pozwolić sobie nawet na chwilę słabości, bo można przypłacić to życiem. 

– Kilka dni temu wróciłeś z wyprawy wieńczącej projekt „Podkarpacka Korona Ziemi”. 27 grudnia dokładnie o godzinie 15.20 lokalnego czasu postawiłeś stopę na Masywie Vinsona, najwyższym szczycie Antarktydy. Jakie emocje Ci towarzyszyły? 
– Emocje pojawiły się dopiero po zejściu. Na szczycie było piekielnie zimno, minus 45 stopni, nigdy w życiu nie czułem takiego zimna. Chciałem zdjąć kominiarkę, aby tradycyjnie nagrać kilka słów ze szczytu. Okazało się, że przymarzła do wąsów i brody, więc przy okazji dokonałem małej depilacji. Mróz był potężny, nie byłem w stanie mówić. Dopiero po rozgrzaniu szczęki udało mi się powiedzieć kilka zdań. Natomiast kiedy zeszliśmy już w bezpieczne miejsce dotarło do mnie, że to już, udało się, zrobiłeś to. W dekadę, tak jak sobie zaplanowałem, zdobyłem Koronę Ziemi. Niesamowite uczucie! 

– Jaką górą jest Masyw Vinsona? 
– Technicznie nie jest trudna, są oczywiście miejsca poręczowe, podczas podejścia używaliśmy raków i czekanów, ale nie mieliśmy większych problemów. Na niskie temperatury też byłem przygotowany. W nocy w namiocie mieliśmy minus 20-25 stopni Celsjusza. Natomiast bardzo zaskoczył mnie dzień polarny. Nigdy wcześniej nie spotkałem się, aby trwał cały dzień. Przez pierwsze dwa dni była to dla nas egzotyka, wychodziliśmy z namiotu o 3 w nocy, a tu pełne słońce, coś niebywałego! Trzeciego dnia pojawiły się problemy. Nie mogliśmy spać, nawet kiedy naciągnąłem czapkę na oczy i wszedłem cały do śpiwora – była ciemno, warunki idealne do ucięcia sobie drzemki, organizm nie reagował, człowiek nie może zasnąć. Rano też nie można było odespać nocy, ponieważ mieliśmy obowiązki w obozie, byliśmy więc permanentnie zmęczeni i dzień polarny, którym na początku się zachwycaliśmy, zaczął nas irytować. Dodam jeszcze, że z powodu bezsenności przeczytałem na tej wyprawie trzy książki. 

– Co tym razem zostawiłeś na szczycie od dzieci?
– Tym razem nic, chociaż cały czas miałem ze sobą kartkę od najstarszej córki. Z bardzo wzruszającą treścią, którą chciałbym zostawić tylko dla siebie. Tak na marginesie – jestem bardzo dumny ze swoich dzieci, z tego jak udało nam się je wychować. To ambitni, dobrzy i ciekawi świata młodzi ludzie. 

Antarktyda jest tak czysta, tak piękna, nawet jak idziemy, to nie załatwiamy się gdziekolwiek, tylko do plastikowych butelek i worków, które później nosimy w plecakach i wyrzucamy w miejscach, które są do tego przeznaczone. Nie ma tam ani jednego papierka, nikt nic nigdzie nie zostawia. Jest czysto i pięknie, wszędzie panuje nieskazitelna biel. Co ciekawe, w ogóle nie widać tam horyzontu. Jesteśmy przyzwyczajeni, że kończy się ziemia i zaczyna się niebo, tam lód powoli przechodzi w błękit nieba – wizualnie pięknie to wygląda. 

– Na Antarktydzie spędziłeś Święta Bożego Narodzenia i Sylwestra…
– Tak. To było ciekawe doświadczenie. Dostaliśmy zaproszenie od chińskiej rodziny, nasz kolega był z Chin, poznał lokalnych Chińczyków, którzy zaprosili mnie i kolegę z USA na wspólne przywitanie Nowego Roku. I jakie było nasze ogromne zdziwienie, kiedy okazało się, że tutaj tradycją jest wspólne lepienie pierogów. I oczywiście lepiliśmy pierogi – z mięsem, krewetkami i zielonym spoiwem – do dzisiaj nie wiem co to było, ale było smaczne. Więc lepimy – oni takie bardzo fikuśne, a ja takie jak się robi w Polsce. Pokazałem i pytam: Może być? A oni: A co to jest? Odpowiedziałem: No jak to co – PIEROGI. Także przy okazji nauczyłem ich nowego słowa. Co ciekawe, po wspólnym biesiadowaniu po godzinie 23 impreza się kończyła, nie czekaliśmy na północ, jak to się robi w Polsce i na świecie. 

– Projekt Podkarpacka Korona Ziemi trwał 10 lat, próbowałeś kiedyś zliczyć, ile czasu łącznie nie było Cię w domu?
– Nie da się tego tak policzyć. Wyprawy wyprawami, ale mnóstwo czasu poświęca się też na treningi i przygotowania. To są setki godzin spędzonych na siłowni, wyjazdach, zawodach.

– Pytam o to, bo masz rodzinę, trójkę cudownych dzieci. Nie czułeś czasem, że coś Ci umyka?
– Oczywiście, natomiast to nie są wyjazdy, które trwają pół roku, najdłużej nie było mnie dwa miesiące. Staram się każdy wolny czas poświęcać rodzinie. Jak tylko mamy wolne pakujemy się w samochód i jeździmy po Bieszczadach, po Polsce i Europie. Żyjemy aktywnie. 

– Rodzina była dla Ciebie ogromnym wsparciem w tym projekcie.
– Tak, chociaż na początku było trudno. Pamiętam, jak przed jedną z wypraw żona schowała mi paszport. Moja mama do dzisiaj bardzo przeżywa każdy wyjazd. Musiałem przekonać je do tego, aby mi zaufały i pozwoliły spełniać marzenia. Obserwowały, jak ciężko trenuję, więc miały świadomość, że fizycznie na pewno sobie poradzę. Z każdej wyprawy staram się w miarę możliwości co kilka dni dzwonić do domu, aby powiedzieć, że wszystko jest w porządku. To kilka słów, ale wiem, że dzięki temu moi bliscy zyskują wewnętrzny spokój. 

– Jak dekada, którą poświęciłeś na skompletowanie Korony Ziemi Cię zmieniła?
– Widzę w sobie bardzo dużą zmianę. Wierzę w to, co robię. Wiem, że niektóre rzeczy, projekty, wymagają więcej czasu, nieważne czy w domu, pracy czy życiu, a na wyniki trzeba będzie cierpliwie poczekać. Ludzie w dzisiejszych czasach bardzo szybko się wypalają, mają słomiany zapał. Bardzo dobrze widać to np. na siłowni. W styczniu i lutym jest tam zatrzęsienie, nie można się dostać do hantli. W marcu jest już spokojnie. A sekret tkwi w tym, aby nie spalać się już na starcie. Róbmy tak, aby ten ogień cały czas się w nas tlił. Na pewno zmieniło się też moje podejście do życia. Zacząłem doceniać rzeczy, których na co dzień człowiek nie dostrzega. Zwykłe, małe rzeczy jak deska klozetowa – jest świetnym wynalazkiem, do którego tak bardzo przywykliśmy, że nawet tego nie dostrzegamy. Ciepła woda w kranie, pełna lodówka, ktoś, do kogo możemy się przytulić i uśmiechnąć. 

– Podczas wypraw dużo podróżuję po okolicy. Poznaję ludzi, obserwuję ich życie. Często bardzo biedne, ale wbrew pozorom, chyba szczęśliwsze niż nasze. Ci ludzie nie mają prawie nic, a są serdeczni, pomocni, uśmiechnięci.
– W pamięć szczególnie zapadła mi jedna historia. Byłem na Alasce, starałem się rozgryźć rozkład jazdy autobusów. W pewnym momencie podeszła do mnie kobieta i mówi, że widzi, że nie jestem stąd, dlatego chętnie mi pomoże i wytłumacz, jak dojechać w docelowe miejsce. Tak zwyczajnie, ze zwykłej serdeczności. U nas jest to praktycznie nie do pomyślenia, żeby ktoś się zatrzymał przy turyście i zapytał, czy nie potrzebuje jakiejś pomocy, a przy mnie bardzo często ludzie się zatrzymują, gdy idę gdzieś z plecakiem. W takich właśnie krajach, które są biedne, ludzie wiedzą, że muszą jeden drugiemu pomóc, bo bez tego po prostu sobie nie poradzą. A pomagają bezinteresownie, nie liczą, że coś za to dostaną. Podczas takich wypraw wraca wiara w człowieka. 

– Czego człowiek dowiaduje się podczas takich wypraw o sobie?
Góry dają też możliwość zajrzeć w głąb siebie. Człowiek spędza wiele godzin samotnie w namiocie, ma czas, aby pomyśleć o tym co było, jest i będzie. Spojrzeć na swoje życie z dystansu i odpowiedzieć sobie na pytanie: „Czy to jest ta droga, którą chciałem iść?” Jeśli odpowiedź brzmi „tak” może nazwać się szczęściarzem. Ja już wiem, że nim jestem. Nie bójcie się marzyć i róbcie wszystko, aby je spełniać, bo to nadaje życiu sens. 

Od gór można się uzależnić. Mnie otworzyły one oczy na zwykłe, codzienne życie, drobnostki, które niesamowicie doceniam. W ogóle podróże – niekoniecznie do odległych krajów i sport sprawiają, że stajemy się zupełnie innymi ludźmi, jesteśmy mniej sfrustrowani, szczęśliwsi, bardziej otwarci na świat i innych ludzi. Świat jest piękny, na wyciągnięcie ręki, dlatego wstańcie z kanap, od komputerów, odłóżcie telefony i idźcie walczyć o swoje marzenia. Szkoda czasu na głupoty.

Rozmawiała Martyna Sokołowska

***
Łukasz Łagożny, sanoczanin, z wykształcenia inżynier elektrotechniki i informatyki, z pasji himalaista, biegacz ultra, triathlonista i podróżnik. Przez 10 lat realizował autorski projekt Podkarpacka Korona Ziemi zakładający zdobycie wszystkich dziewięciu najwyższych szczytów poszczególnych kontynentów.

Łukasz z powodzeniem realizuje wiele sportowych pasji. Jest pomysłodawcą i organizatorem Biegów Górskich w Sanoku. Sam z powodzeniem startuje w najbardziej prestiżowych zawodach biegowych w Polsce. Ukończył m.in. morderczy dystans 240 km podczas Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich w Lądku Zdroju. Działania Łukasza możecie śledzić na stronie gorymarzen.pl oraz na Facebook’u na stronie Podkarpacka Korona Ziemi. 

One Response to "Życie trzeba przeżyć, a nie przesiedzieć na kanapie"

Leave a Reply

Your email address will not be published.