Życiowa lekcja na Saharze

Fot. Fatma Hachicha Fourati

Wyobraź sobie odległość od Rzeszowa do Dębicy. Wyobraź sobie, że musisz ją pokonać… pieszo. Z nieba leje się żar, a ty nie masz się, gdzie ukryć przed słońcem. I jeszcze jeden szczegół – dookoła są tylko pustynne wydmy, rzadziej udeptany piasek. Masz 10 godzin, by przebiec 52 km morderczego wyścigu. Niemożliwe? Są tacy, którzy się na to porywają. – Byłem na Bliskim Wschodzie jako żołnierz, turysta i po raz pierwszy jako biegacz – mówi Maciej Milczanowski, na co dzień wykładowca akademicki. W tym roku, jako jedyny Polak stanął na starcie Ultra Mirage w Tunezji.

– Ktoś mi powiedział, że 50-kilometrowy bieg po pustyni to jak 75 km po asfalcie. Przecież nigdy w życiu nie dałbym rady tyle przebiec! Nigdy nie pokonałem dystansu dłuższego niż maraton – przyznaje dr Maciej Milczanowski, z Instytutu Nauk o Polityce UR.
Jakieś 3 lata temu przekonał się, że bieganie może być więcej niż przyjemne. Półtora roku później postanowił połączyć sport z zamiłowaniem do Bliskiego Wschodu. – Nieważne, czy to był Irak, Syria, Egipt, czy Izrael. I czy tam służyłem, czy bywałem turystycznie, za każdym razem dobrze czułem.
Do północnej Afryki przyciągał go też Rajd Dakar. – Fascynowało mnie, jak kierowcy mogą jeździć samochodami po tych pustynnych wydmach. Myślałem: „Fajnie byłoby wziąć w tym udział”, ale ta impreza jest koszmarnie droga i tylko dla wyczynowców – nie ma złudzeń dr Milczanowski.
Wtedy stwierdził, że po pustyni można też biegać. – To nawet fajniejsze, bo ma się kontakt z naturą, spotyka ludzi – podkreśla. Zacząłem szukać zawodów dla siebie i tak nalazłem 100-kilometrowy Ultra Mirage w Tunezji. Całe szczecie, potem wprowadzono dystans 50 km, bo nie wiem, czy poradziłbym sobie z setką! – wyznaje.
Sam start i meta są w miasteczku, w którym nagrywano Gwiezdne Wojny. – Dla mnie wychowanym na tym filmie miało to niebywałe znaczenie, bo chyba marzeniem każdego chłopaka było zobaczyć to miejsce – mówi Maciej Milczanowski.

Wysoka trawa zamiast wydm

Maratończycy, którzy mierzą się z pustynnymi wyzwaniami, twierdzą, że jeśli nie mieszkasz w egzotycznym kraju, nie jesteś w stanie przygotować się na tak ekstremalne warunki. No chyba, że trenujesz… w saunie. – Śledziłem Patrycję Bereznowską przed jej startem w biegu Badwater na pustyni w Kaliforni. Podkreślała, że to zapewnia aklimatyzację – uśmiecha się biegacz. – Są też specjalne komory treningowe do aklimatyzacji dla profesjonalistów. Tylko, że ja jestem zwykłym człowiekiem. Muszę jeździć do pracy, odwozić dzieci do szkoły. Kompletnie nie znalazłem czasu na tego rodzaju przygotowania, dlatego dziękowałem bogom za ciepłe dni tego lata – żartuje.
Kiedy wszyscy uciekali przed ponad 30-stopniowym gorącem, rzeszowianin rozpoczynał trening. – Miałem uczucie, jakbym był w pudełku. Przy takiej temperaturze nie ma sensu się zatrzymywać, bo to męczy jeszcze bardziej niż sam ruch. Dobrze, że dowiedziałem tego tutaj, a nie Tunezji – zauważa.
Dla lepszej ochrony przed słońcem, ściągnął z Fracji specjalną czapkę i ochraniacze przed piaskiem, przyklejane do butów.
Warunki pogodowe to jedno. Ale jak uczyć się stawiać kroki w głębokim piasku, gdy tego brakuje? – Wybierałem trasy, na których rosła wysoka trawa. Hamowała nogi, nie pozwalając na normalny bieg to była niewielka imitacja tamtejszych realiów – ocenia.
Ważny był też komfort w butach.
W pokonywaniu trudności, a już na pewno samego siebie wiele zależy od nastawienia. – Pustynia to mój żywioł, w którym czuję się fantastycznie, nawet gdy jestem bardzo zmęczony. Nie martwiłem się, czy ukończę bieg, bo byłem pewien, że głowa będzie mnie „ciągnęła”.

Fot. Fatma Hachicha Fourati

Nordyckie geny

Na starcie stanęli głównie Tunezyjczycy. Było sporo Francuzów, kilku Włochów i Brytyjczyków. A obok Niemiec, Ukrainiec, no i… Polak. – Nasi rodacy zaznaczyli tam już swoją obecność, więc nie budziłem zdziwienia – przypomina Maciej Milczanowski. – Kiedy spotkałem Dunkę Bouchrę Ludgren – Eriksen, jedną z najbardziej znanych sportsmenek w Danii, zagaiłem: „Pani jest mistrzynią! Może udzieli mi pani rad? Na co ona: „To ty jesteś dla mnie mistrzem, bo przyjeżdżasz z Polski!”. Wie, co to znaczy dotrzeć z zimnego kraju na pustynię.
Jeszcze w kraju znajomi biegacze tacy, jak Marcin Balon dziwili się, po co tam jedzie, „przecież to nie jest klimat do takiej aktywności”. – Wielu mówiło, że kiedy jest gorąco, w ogóle nie wychodzą z domu. Marcin się śmiał, że jeśli tak bardzo chcę się aklimatyzować, powinienem założyć futra – wspomina. Zwracano mu uwagę na serce. Żona wysłała go nawet na badania wydolnościowe. – Pani doktor stwierdziła, że mam organizm stworzony do długodystansowych biegów. A nawet nordyckie geny, bo przy wyższych tętnach i tempie moje ciało sprawuje się lepiej niż przy wolniejszych – opowiada.
Kiedy znalazł się na Saharze, poczuł, że jest wśród swoich. Wszyscy mówili „Kochamy pustynię”, „Uwielbiamy to miejsce!”. Pomyślałem: „Wreszcie ktoś mnie rozumie!”. Poznałem Portugalkę Carlę Andre, która wybiera tylko pustynne biegi. Podobnie Evgen Glyva, Ukrainiec, z którym dzielił pokój. – Podpytywałem go o różne rzeczy i sprzedał mi trochę tajemnic – przyznaje wykładowca UR. To zawodowy biegacz, walczący o podium. – Ma kompletnie białą karnację i wrócił z tego biegu z mocno popalonymi plecami. Za to ja nie byłem nawet mocniej opalony. Klimat mi służył!
Sama trasa była zaskoczeniem. – Spodziewałem się utwardzonego terenu na zmianę z piaskiem. Obrałem nawet strategię, że tam, gdzie będzie stabilniej – pobiegnę, a gdy nie dam rady, będę maszerował. Dzięki temu miałem osiągnąć dobry czas – zdradza.
Rzeczywistość zweryfikowała plan. – Przez pierwsze 20 km podłoże było bardzo zwarte. Nawet się dziwiłem: „O co tyle krzyku? Świetnie się biegnie!”, ale potem czekał nas skręt w głęboki piasek. Dotarłem tam przed południem, zaczęło się robić gorąco. A piasek był jak na plaży. Gdy wcześniej czytałem opisy, sądziłem, że przesadzają, bo przecież nie da się po czymś takim biec. Ale niestety taki właśnie był (śmiech). Noga się cofała. To było bardzo trudne. Fragment, który ciągnie się przez 20 km nazywany jest trasą śmierci. – Kompletnie odbiera siły. Człowiek myśli tam już tylko o mecie.

Fot. Fatma Hachicha Fourati

Pierwszy kryzys…

…przyszedł szybko. – Byłem zawiedziony, że aż tak szybko. 20 km przebiegłem bez jakiegokolwiek trudu. Towarzyszył mi Węgier, Mattias Szabo. On sam zwolnił i powiedział, żebym się nim nie przejmował, bo ja wyglądałem bardzo dobrze. Czułem się fantastycznie. Na 20 kilometrze był pierwszy checkpoint, gdzie rozdawano wodę. Wszyscy wlewali ją do bukłaków, polewali sobie głowę. Ja uzupełniłem tylko butelkę w plecaku, a trzy czwarte oddałem, na co obsługa mocno się zdziwiła.
– Pobiegliśmy dalej. Zaczął się łagodny, ale bardzo długi podbieg. Nie lubię takich. Zacząłem się męczyć. Podłamałem się. Weszliśmy w piasek. Wiedziałem, że powinienem iść szybkim marszem. Nawet nagrałem sobie filmik, na którym mówię, że przejdę ten piach, a potem na pewno będzie zbieg, bo przecież już 5 km idziemy pod górę. Wtedy nadrobię czas – relacjonuje. Tylko że przez następnych 20 km podłoże się nie zmieniło, a kryzys się pogłębiał.
W oddali widział coraz mniejszą postać Węgra, który się oddalał. – Zostałem sam i dopadło mnie poważne załamanie. Zacząłem się zataczać. Usiadłem na kamieniu, nie zwracając już nawet uwagi na upał. Pomyślałem: „No to koniec. Trzeba będzie zrezygnować. 44 km to i tak dużo…” – wspomina.
Dwie osoby upewniły się, że nie potrzebuje pomocy. – Jedna z Tunezyjek przystanęła, pytając, czy wezwać karetkę (śmiech). „Karetki nie potrzebuję”, ale dobrze to nie jest – odparłem. Wtedy pomyślałem o wszystkich studentach, którzy pisali, że mi kibicują, o kolegach z wojska, niewyobrażających sobie, żebym zrezygnował. Głupio byłoby się poddać. Napiłem się wody, izotoniku, wstałem, a potem wydarzyło się coś niezwykłego… – opowiada.
Carla Andre powie mu potem o tzw. recovery (tłum. ozdrowienie, regeneracja): „Na biegach długodystansowych człowiek może się odrodzić”
– Nie wierzyłem w to – przyznaje Maciej Milczanowski. – Ale wtedy na Saharze podniosłem się z tego kamienia, zacząłem iść i poczułem się swobodnie. Tempo wracało.
Trzeba było tylko dotrzeć do następnego punktu z wodą. Miał czekać na 45 km. – Pomyślałem, że jakoś przeczłapię ten kilometr. Odpocznę tam i pójdę dalej. Ale na 45 km nie było żadnego namiotu. Na 46 km też nie. Sądziłem już, że z niego zrezygnowali – przyznaje. Tymczasem jemu zostały ostatnie krople wody. – Znowu naszło mnie zwątpienie.
Wtedy dostrzegł checkpoint. Nie, to nie była to fatamorgana. – Okazało się, że przesunęli ten punkt dwa kilometry dalej. Kiedy zobaczyłem namiot, poczułem ogromną ulgę. Położyłem się tam, wylałem na siebie 3 butelki wody, jedną wypiłem, uzupełniłem bukłak i zacząłem iść, a potem to już nawet biec – opowiada z uśmiechem. I to po śladach wielbłądów, których tam nie brakowało.

„Mistrzu, jesteś ultra!”

– W momencie zwątpienia moim marzeniem było znaleźć się w jakiś cudowny sposób na mecie. Wydawało się to niemożliwe, dlatego, gdy ją dostrzegłem, byłem ogromnie szczęśliwy – wyznaje zawodnik. Z czasem 8 godz. i 45 min. przekroczył końcową linię. Na zdjęciach wygląda, jakby dopiero zaczął maraton. – Nie zwracałem nawet uwagi, jakie miejsce zająłem. Liczyło się tylko to, że na mojej szyi zawisł medal i jestem po biegu, o którym marzyłem przez 1,5 roku. Niebywałe, że można się tak podnieść z całkowitego kryzysu, kiedy wszystko boli, kiedy organizm protestuje. To dla mnie życiowa lekcja.
Powitał go towarzysz z Węgier. – Powiedział, że bardzo się cieszy, bo gdy się rozstawaliśmy, sądził, że mi się nie uda – mówi dr Milczanowski. Gratulowała też Carla Andre, która spośród kobiet przybiegła jako druga, a nawet zwyciężczyni biegu – Bouchra Lundgren Eriksen. – Kiedy mnie zobaczyła, podbiegła krzycząc „Mistrzu, jesteś ultra!” Ona jest tam prawdziwą gwiazdą, a potraktowała mnie jak kogoś, kto wiele osiągnął – zaznacza Polak. – Ludzie sobie pomagają, zatrzymują się, gdy ktoś źle wygląda. W czasie całej imprezy jest wiele pozytywnych emocji. To motywujące. Organizatorzy mówią, że nie chodzi tylko o bieg, ale również zbliżenie się różnych kultur, czy narodów. Bardzo mi się podoba ta idea, bo przecież tego uczę na uczelni – zauważa wykładowca.
Jak mówi, był na Bliskim Wschodzie jako żołnierz, turysta, a w końcu biegacz. – Jestem zdania, że wszystko co nas spotyka, buduje i przygotowuje do kolejnych wyzwań. Te doświadczenia składają się w pewną całość, kształtują „głowę”, która musi sobie później poradzić na pustyni – przekonuje Maciej Milczanowski.
Za rok ponownie zamierza wziąć udział w Ultra Mirage – Nie mogę się już doczekać, żeby tam wrócić i znowu pobiec! To było nie tylko 8,45 godz. biegu i zmagania się z klimatem, ale też podziwiania pustyni. Zachwycałem się każdym krokiem.

Wioletta Kruk

Fot. Fatma Hachicha Fourati

Leave a Reply

Your email address will not be published.