
Białoruś oczami polskiego dziennikarza. – Stoi tutaj pomnik wodza rewolucji – mówi przewodnik – Lenin stoi, Lenin idzie, Lenin pokazuje, gdzie iść trzeba – wyjaśnia.
Wita nas niecodzienna armia, prężąc muskuły papierowego imperatora. Szpaler drzew około metra od ziemi błyszczy lampasami białej farby. Na szczęście na pokładzie pielgrzymów z Polski jest urocza pani biolog. Pytam ją, o co chodzi z tymi drzewami? – Pomalowano je, żeby robaki odstraszyć. Może to wapno? Taki robak, idąc od dołu nie dotrze do gołego pnia drzewa. Wcześniej odpadnie albo wyschnie – wyjaśnia atrakcyjna brunetka. W zasadzie ta odpowiedź mnie zadowala. Tylko czemu oprócz drzew w ten sam sposób pomalowano krawężniki i słupy? Na to pytanie biologiczka nie jest w stanie sensownie odpowiedzieć.
Różnica czasu
Od domu dzieli mnie nie tylko odległość sześciuset kilometrów. Jak wiadomo, wszystkie imperia na Wschodzie chcą być jakoś do przodu. Akurat Białoruś stosując tę logikę wyprzedza Polskę o godzinę. Opuszczamy zmęczeni autobus – „okręt”, który unosił nas przez ostatnie dziesięć godzin na spokojnej fali poleskiej równiny. Jako goście Transgranicznego Forum Dziennikarzy w Pińsku, w większości po raz pierwszy przekroczyliśmy przejście graniczne w Brześciu. A nie było prosto. Trzeba najpierw złożyć wniosek o wizę. Godzina do tyłu. Potem granica – kolejne dwie. Celnicy proszą, żeby nasza karawela zawinęła do bocznej zatoki.
Człowiek w służbowej czapce, na której może wylądować wiele eskadr komarów, ogląda zielone pudełko ze scrabblami. Obraca nim, wpatruje się bez reszty. Zastanawiam się, czemu ta integrująca gra czyni tak wielką dekonstrukcję rejsu. Obok samochód z otwartym bagażnikiem. Z bagażnika wyjęto na bruk całą jego zawartość. Okazuje się, że pojazd zostaje na granicy, a „tuaregowie” jadący nim z Serbii przez Warszawę do Mińska lądują w naszym autobusie.

W końcu opuszczamy granicę. Mamy jeszcze za zadanie pilnować połowę karteczki. Drugą połowę dostał celnik wpuszczający nas do tego lepszego świata. Ktoś w autobusie mówi, że jej utrata kosztuje dziesięć dolarów. Warto więc być czujnym. Zwłaszcza, że podróżnik z Serbii stracił przy nas swój samochód. Tych bez samochodu zostawiamy zaraz za granicą. Pozostaje wrażenie kraju prawa.
Inny świat
Wjeżdżamy w idealny bezkres nowiuteńkich domów i dróg. Olbrzymie estakady, idealny asfalt – jednobarwny, ciągnący się setkami kilometrów. Ani jednej łaty, ani jednej dziury. Brześć wita nas też nowymi osiedlami. Nowiutkie elewacje budynków w pastelowych barwach otwierają nie tylko oczy, ale i usta ze zdziwienia. Na przejściach i skrzyżowaniach liczniki czasu. Czyżby prezydent Ferenc do Rzeszowa przywiózł je z Białorusi? Zresztą czystość Brześcia jest iście „ferencowa”, może z delikatnym wskazaniem na Białoruś. Tutaj jest jeszcze czyściej.
Stacja benzynowa, kantor. Chcemy wymienić walutę. Pracownica kantoru, widząc autokar pełen ludzi, pospiesznie ustanawia przerwę. W końcu jest to kraj wolności i samostanowienia. Trzeba o tym poinformować turystów z Polski. „Pererwa” – mówi, gdy prawie zdążam dopaść okienka. Ceny robią wrażenie. Puszka napoju energetycznego znanej firmy – dwadzieścia dwa tysiące dwieście rubli. Przy nocnym barze białoruskiej restauracji nieznajomy miejscowy proponuje mi pożyczkę. Nie mam innego wyjścia i przyjmuję bezprocentowy kredyt. Dostaję do jutra pięćset tysięcy. Powinno wystarczyć. Próbuję miejscowego piwa. Kosztuje mnie to jedyne trzydzieści tysięcy. Dopiero jutro wymieniam pieniądze, wpisując się do tego elitarnego grona bogaczy. Jeden z banków nie przyjmuje polskiej waluty. W drugim za pięćdziesiąt złotych otrzymuję sto pięćdziesiąt dwa tysiące pięćset białoruskich rubli.
Topór
Jesteśmy w miejscu narodzin Ryszarda Kapuścińskiego. Dla dziennikarzy z Polski to ważne miejsce. Czekamy na to, żeby stąpać po śladach jego młodości. Zmęczeni mijamy piękny dwuskrzydłowy pałac. Nad wejściem wisiała niegdyś tarcza herbowa z toporem. Budynek został zbudowany dla starosty pińskiego Mateusza Butrymowicza. Wmurowanie kamienia węgielnego pod budowę pałacu zaszczycił Stanisław August Poniatowski – budzący kontrowersje król Polski. Jednak historyczny topór zastąpiono łukiem na czerwonej tarczy i urządzono tutaj pałac ślubów. A wiadomo, że tak ważne wydarzenie jak ślub nie może odbywać się pod toporem. Trzeba zachować jakieś pozory. I dlatego zamiast topora jest łuk. Za polskich czasów grot pińskiego łuku skierowany był ku górze. W nowej rzeczywistości łuk celuje w ten zepsuty ze wszech miar Zachód.

Informacja
W hotelowym pokoju o wystroju późnego Gierka – telewizor. Kilkanaście stacji w jedynym słusznym języku – rosyjskim. – W ich telewizji można usłyszeć, że jeden z naszych ministrów krytykuje ukraiński rząd – tłumaczy mi ukraińska dziennikarka, również gość forum. – Ale to wyrwane z kontekstu. Ten minister mówił, że rząd ma jeszcze wiele do zrobienia. Wcześniej wymieniał dobre zmiany, jakie wprowadził prezydent Poroszenko – dodaje dziennikarka.
– Wczoraj rozmawiałem z tym samym człowiekiem z brodą – pytająco oświadcza Polak, z którym przyjechałem do Pińska – miasta białoruskiej części Polesia. – Czy nie wydał ci się dziwny? – dopytuje. Rzeczywiście Jarosław zadawał zbyt wiele pytań. Pytał, co napiszę o Białorusi. Mówił, że obraz jego kraju różni się od oficjalnych przekazów polskich mediów. – W Polsce dominują informacje polityczne – przekonywał Białorusin. Tonę w morzu jego pytań. Wyrzuca zresztą słowa z szybkością kałasznikowa.
Najlepszą obroną jest pytać
– Może ty mi powiedz, czym się zajmujesz. Bo wiesz, to ja jestem od zadawania pytań. Jestem przecież dziennikarzem – zwracam się do szybkosłownego. Jarosław nie rozumie pytania. Przekłada mu je blondyna przy kości. Białorusinka siedząca przy stoliku z ciekawym życia rodakiem Łukaszenki. Jarosław się zastanawia. W końcu mówi, że ma firmę, która ma dwa biura w Warszawie, ma też biura na Białorusi i Ukrainie. – Ale czym się ta firma zajmuje? – dopytuję. Widzę, że odpowiedź jest problematyczna. W komunikacji znów pomaga mi blondyna. – Zajmuje się projektami unijnymi – odpowiada Jarosław. – Ale co z tego wynika dla ludzi? – nie daję za wygraną. Jarosław unika odpowiedzi. Ale ja naciskam. – Są z tego pieniądze z Unii Europejskiej. Przecież o to chodzi, żeby mieć pieniądze – oznajmia Białorusin.

Pina
Idziemy czystą ulicą wzdłuż nieuregulowanej rzeki. Ale nie ma ani jednej butelki czy puszki. Rzeka i brzegi wręcz sterylne. Na wysokości monumentalnego kolegium jezuickiego zauważam Jarosława. Kroczy samotnie przede mną. Mam wrażenie, że dziś nie będzie tyle mówił. Nareszcie przełączył się chyba na słuchanie. Z ostrożności rozmawiam z uczestnikami wycieczki o sprawach mało istotnych. Kiedy odchodzę na bok, żeby sfotografować bryłę kolegium, Jarosław oddala się do tyłu kawalkady Polaków i Ukraińców…
Ciąg dalszy w poniedziałkowych Super Nowościach
Piotr Sobota



4 Responses to "Żywa Białoruś cz. I"